poniedziałek, 29 września 2014
Niemistrz
Choć „Polska mistrzem świata” nie brzmi tak dobrze jak „Polska mistrzem Polski”, ale ujdzie.
Namnożyło się polskich mistrzów. Po sukcesie siatkarzy jeszcze się wahałem, ale ile można wytrzymać. Kibicowałem polskim siatkarzom, choć ze znanych przyczyn udało mi się obejrzeć tylko dwa mecze – pierwszy i ostatni. Kwiatkowskiego na trasie niestety nie oglądałem.
Co oznacza bycie mistrzem? Bycie najlepszym? Obiektywnie to tylko wygraną w tym konkretnym turnieju, tym wyścigu. Bo raczej polska drużyna nie jest lepsza od brazylijskiej, amerykańskiej , czy rosyjskiej, polski kolarz nie wygrywa wyścigu za wyścigiem, dając różnym Niemcom, Włochom, Hiszpanom powąchać tylko już ledwie uchwytny zapach swego potu.
Wiele drużyn gra na bardzo podobnym poziomie. Polacy wygrali bo potrafili tak w całym turnieju, jak i w decydujących meczach pokazać coś co było dla przeciwników nowe. Głęboko w to wierzę. Przy obecnym nasyceniu informacjami o drużynie przeciwnej, jedni o drugich wiedzą praktycznie wszystko, stąd wprowadzenie zmiany personalnej lub taktycznej jest bronią niezmiernie skuteczną. Cieszę się, że tym razem udało się to Polakom.
Wielu kolarzy może wygrać dowolny wyścig. Bez dwóch zdań Kwiatkowski został mistrzem świata dzięki swemu nastawieniu na cel (odpuścił jedne zawody, uczestniczył w takich, które przygotowały go tego konkretnego wyścigu) ale i też pracy swoich kolegów. Cześć z nich nie była w stanie ukończyć zawodów, tyle ich kosztowało przygotowanie finiszu lidera. Polaków jechało aż dziewięciu, można sobie zadać pytanie ilu dobrych kolarzy nie miało szansy na sukces, bo miało mnie pomocników (ach te sportowe zasady).
Oczywiście mistrzostwo to tylko pretekst. Na ile konstytutywne jest dla nas wygrywanie, nasza perfekcja, bycie mistrzem? W królestwie ślepców jednooki jest królem. Nie sposób być najlepszym bez tych gorszych, nic bardziej względnego niż mistrzostwo. Usain Bolt jest najszybszym człowiekiem na świecie, tak go postrzegamy, ale tylko dlatego, że sami tak prędko nie biegamy. Określenie kogoś jako mistrza jest definicją nie jego ale nas. My nie jesteśmy mistrzami. Konstruktywne jest dla nas, że tak szybko nie biegamy, nie jeździmy, nie panujemy tak perfekcyjnie nad piłka…
Ogranicza nas ciało, wiek, wiedza, doświadczenie. W niczym nie możemy osiągnąć absolutu. Jedynie wymierne jest to czym jesteśmy, nie co osiągnąć (potencjalnie) możemy. Opisując się dokonujemy samoograniczenia - Polak, mężczyzna, ojciec, a przede wszystkim niemistrz w biegach, piłce, pływaniu, zmywaniu, czytaniu, opowiadaniu bajek, naprawianiu dachu, …
Definiując się przez własne słabości, niedociągnięcia, odcinając wszystko co ogólne, doskonałe bronimy się przed rozpłynięciem w nijaką nieskończoności, ale i przed groźbą poczucia się posiadaczem całej prawdy, wiedzy, bycia Bogiem.
piątek, 12 września 2014
przewrót kopernikański
Z niewielkim, jak na mnie, poślizgiem przeczytałem treść wystąpienia Bronisława Komorowskiego przed Bunestagiem, w którym przywołał on hasło enerdowskich opozycjonistów - "Wir sind das Volk" ("To my jesteśmy narodem").
W opinii polskiego prezydenta hasło to miało być: "(...) wołaniem o uznanie podmiotowości obywateli i ich suwerenności wobec władz państwa." Nie mogłem nie zwrócić uwagi na to zdanie. Nie dlatego, że jest jakoś szczególnie cenne, ważne intelektualnie, czy poznawczo. Jest nijakie, ale wskazuje jednoznacznie na myślenie o państwie jako o instytucji utworzonej przez naród, który z kolei stworzyli ludzie. Wszyscy tak mowia, tak uważają, to jest normalne. Częto jest to nawet zapisane w ważnych aktach prawnych, np.: "Naród żydowski powstawał w Ziemi Izraela. Tutaj ukształtowała się jego duchowa, religijna i państwowa tożsamość. Tutaj po raz pierwszy stworzył on państwo."
Ponad 30 lat temu dokonał się w naukach społecznych i politycznych przewrót, przewrót kopernikański. Ernest Gellner stwierdził, że to państwa stworzyły narody, nie odwrotnie.
Jest to stwierdzenie tak dziwne, że chyba niemożliwe, nieprawdziwe. Czyż słońce nie wschodzi na wschodzie i nie zachodzi na zachodzie? Przecież wszyscy to widzą!
A jednak tworzące się w XIX wieku państwa kapitalistyczne potrzebowały, ze względów gospodarczych, unifikacji. Ta prowadzona była przy wykorzystaniu edukacji, policji, wojska, mitologii, aż do skutecznego scalenia lokalnych społeczeństw w państwa narodowe.
Narody nie mogą być wobec swych stwórców suwerenne. Państwa są suwerenne. Nawet jeśli słyszymy o suwerenności narodu, to suwerenność ta zrealizowana ma być poprzez istnienie narodu w państwie. Albo państwie "tego narodu", albo jako mniejszość w obrebie państwa, które gwarantuje tej mniejszości jej narodowe prawa. Tak, czy siak ostatecznym gwarantem praw narodu, ich depozytariuszem jest państwo. Państwo jest nie tylko suwerenem, w stosunku do narodu jest suzerenem.
O tym dlaczego w dyskursie poświęconym narodom i państwom burżuazyjnym posługujemy się feudalnymi pojęciami "suweren" i "suzeren", mam nadzieję napisać więcej już niedługo.
W opinii polskiego prezydenta hasło to miało być: "(...) wołaniem o uznanie podmiotowości obywateli i ich suwerenności wobec władz państwa." Nie mogłem nie zwrócić uwagi na to zdanie. Nie dlatego, że jest jakoś szczególnie cenne, ważne intelektualnie, czy poznawczo. Jest nijakie, ale wskazuje jednoznacznie na myślenie o państwie jako o instytucji utworzonej przez naród, który z kolei stworzyli ludzie. Wszyscy tak mowia, tak uważają, to jest normalne. Częto jest to nawet zapisane w ważnych aktach prawnych, np.: "Naród żydowski powstawał w Ziemi Izraela. Tutaj ukształtowała się jego duchowa, religijna i państwowa tożsamość. Tutaj po raz pierwszy stworzył on państwo."
Ponad 30 lat temu dokonał się w naukach społecznych i politycznych przewrót, przewrót kopernikański. Ernest Gellner stwierdził, że to państwa stworzyły narody, nie odwrotnie.
Jest to stwierdzenie tak dziwne, że chyba niemożliwe, nieprawdziwe. Czyż słońce nie wschodzi na wschodzie i nie zachodzi na zachodzie? Przecież wszyscy to widzą!
A jednak tworzące się w XIX wieku państwa kapitalistyczne potrzebowały, ze względów gospodarczych, unifikacji. Ta prowadzona była przy wykorzystaniu edukacji, policji, wojska, mitologii, aż do skutecznego scalenia lokalnych społeczeństw w państwa narodowe.
Narody nie mogą być wobec swych stwórców suwerenne. Państwa są suwerenne. Nawet jeśli słyszymy o suwerenności narodu, to suwerenność ta zrealizowana ma być poprzez istnienie narodu w państwie. Albo państwie "tego narodu", albo jako mniejszość w obrebie państwa, które gwarantuje tej mniejszości jej narodowe prawa. Tak, czy siak ostatecznym gwarantem praw narodu, ich depozytariuszem jest państwo. Państwo jest nie tylko suwerenem, w stosunku do narodu jest suzerenem.
O tym dlaczego w dyskursie poświęconym narodom i państwom burżuazyjnym posługujemy się feudalnymi pojęciami "suweren" i "suzeren", mam nadzieję napisać więcej już niedługo.
czwartek, 4 września 2014
McDonald uczy.
Rodzinna wycieczka rowerowa do Sopotu nie jest wyzwaniem sportowym, ale rodzicielskim i owszem. Rozrywki, na miejscu, odpowiednie dla wszystkich chłopców, aprowizacja, przewidywanie zdarzeń nieprzewidywalnych, itp.,itd. Ładnych parę godzin, w których możliwości zwizytowania McDonalda jest nie do przecenienia.
Yoda powiedziałby: "Fast food drogą na Ciemną Stronę jest." Ulegam ja, ulegają moje dzieci tej Mocy.
Dziś nie o kaloriach i cholesterolu. Będzie smutniej.
Odstajemy w kolejce, odczekujemy na zamówienie. Czas trwania obu czynności pozostawał w dodatniej korelacji z wielkością sieci z usług której korzystaliśmy, dzieci na krawędzi, ja, jak łatwo odgadnąć, luz. I patrzę w tym luzie, na młodych ludzi uwijających się przy frytkach, burgerach, colach. Ogromny koncern pozwala im zarobić pieniądze i pisać pierwszy rozdział CV. No, sam na nich też zarabia. Ogólnie OK.
Ale nie jest tylko tak. Ci młodzi ludzie każdym wydanym zestawem, każdą otrzymana pensją uczą się, że ten właśnie świat jest normalny, że tak ma wyglądać teraz i na zawsze. Tworzą go klienci, z rodzinami lub solo, oni sami kupujący, czy odkładający pierwsze pieniądze, sensowna, spójna wizja, z dobrym marketingiem.
Czy jest coś złego w tym, że uczący się, młodzi ludzie wykonują ciężką, choćby i relatywnie mało płatną? Przecież nie potrzebują zbyt wiele. Niech dorabiają do kieszonkowego, a przy okazji nauczą się co znaczy praca, zarabianie na siebie.
Tego się raczej nie nauczą, nie zarabiają na utrzymanie. Nauczą się, że normą jest zatrudnienie szeregowego pracownika za stawkę tysiące razy niższą niż prezesa, że jeśli za prace można zapłacić mało, to trzeba zapłacić jeszcze mniej. Fałszywe wyobrażenie o zasadach zatrudniania i zapłaty, precyzyjniej, o sposobie wyzyskiwania innych. Z takim wyobrażeniem wejdą w swoje dorosłe życie. Nieliczni jako pracodawcy, liczni jako pracobiorcy. I ci, i ci bezwolni. Uodpornieni szczepionką praktyki w korporacji na wątpliwości. Jedni będą wyzyskiwać, inni pozwolą na to, bo wierzą, że taki jest ich świat. Normalny świat, który kupił ich drobnymi łakociami.
Coś co słyszymy stale, tysiące razy, nie może być głupstwem.
"I'm lovin' it!"
Yoda powiedziałby: "Fast food drogą na Ciemną Stronę jest." Ulegam ja, ulegają moje dzieci tej Mocy.
Dziś nie o kaloriach i cholesterolu. Będzie smutniej.
Odstajemy w kolejce, odczekujemy na zamówienie. Czas trwania obu czynności pozostawał w dodatniej korelacji z wielkością sieci z usług której korzystaliśmy, dzieci na krawędzi, ja, jak łatwo odgadnąć, luz. I patrzę w tym luzie, na młodych ludzi uwijających się przy frytkach, burgerach, colach. Ogromny koncern pozwala im zarobić pieniądze i pisać pierwszy rozdział CV. No, sam na nich też zarabia. Ogólnie OK.
Ale nie jest tylko tak. Ci młodzi ludzie każdym wydanym zestawem, każdą otrzymana pensją uczą się, że ten właśnie świat jest normalny, że tak ma wyglądać teraz i na zawsze. Tworzą go klienci, z rodzinami lub solo, oni sami kupujący, czy odkładający pierwsze pieniądze, sensowna, spójna wizja, z dobrym marketingiem.
Czy jest coś złego w tym, że uczący się, młodzi ludzie wykonują ciężką, choćby i relatywnie mało płatną? Przecież nie potrzebują zbyt wiele. Niech dorabiają do kieszonkowego, a przy okazji nauczą się co znaczy praca, zarabianie na siebie.
Tego się raczej nie nauczą, nie zarabiają na utrzymanie. Nauczą się, że normą jest zatrudnienie szeregowego pracownika za stawkę tysiące razy niższą niż prezesa, że jeśli za prace można zapłacić mało, to trzeba zapłacić jeszcze mniej. Fałszywe wyobrażenie o zasadach zatrudniania i zapłaty, precyzyjniej, o sposobie wyzyskiwania innych. Z takim wyobrażeniem wejdą w swoje dorosłe życie. Nieliczni jako pracodawcy, liczni jako pracobiorcy. I ci, i ci bezwolni. Uodpornieni szczepionką praktyki w korporacji na wątpliwości. Jedni będą wyzyskiwać, inni pozwolą na to, bo wierzą, że taki jest ich świat. Normalny świat, który kupił ich drobnymi łakociami.
Coś co słyszymy stale, tysiące razy, nie może być głupstwem.
"I'm lovin' it!"
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
222 rocznica końca świata
10 sierpnia 1792 obalono we Francji monarchię. Nie oznacza to, że z tym dniem Ludwik XVI przestał rządzić Francją, nie rządził już od dawna, o ile rządził kiedykolwiek. Nawet władcy absolutni nie rządzili sami. (Ostatnią znaną mi, i też nieudaną, próbę takich rządów podjął Towarzysz Wiesław. Ale żeby nie grzebać się w realsocjalizmie,wystarczy poczytać Dumasa.)
W gruncie rzeczy, kto rządzi jest kwestia techniczną, regulowaną prawem, zwyczajami, grą sił oficjalnych i nieoficjalnych. Najistotniejsze jest w obrębie jakiego modelu odbywa się ta gra. System monarchiczny zakłada nadrzędności osoby – króla. Bez tej osoby cały układ traci sens, rozpada się. Pozbawienie króla władzy niewiele zmienia - nie musi rządzić, musi tylko i aż być, ale zrobienie z niego obywatela Kapeta już tak. Zdelegalizowane zostało Królestwo Francji, zabrakło osoby niezbędnej, konstytutywnej. Określenie zmiana ustroju kłamie, w tym momencie coś przestało istnieć.
W gruncie rzeczy, kto rządzi jest kwestia techniczną, regulowaną prawem, zwyczajami, grą sił oficjalnych i nieoficjalnych. Najistotniejsze jest w obrębie jakiego modelu odbywa się ta gra. System monarchiczny zakłada nadrzędności osoby – króla. Bez tej osoby cały układ traci sens, rozpada się. Pozbawienie króla władzy niewiele zmienia - nie musi rządzić, musi tylko i aż być, ale zrobienie z niego obywatela Kapeta już tak. Zdelegalizowane zostało Królestwo Francji, zabrakło osoby niezbędnej, konstytutywnej. Określenie zmiana ustroju kłamie, w tym momencie coś przestało istnieć.
Obchodzimy właśnie 222 rocznicę końca świata.
czwartek, 10 lipca 2014
wolnośc cz. 2 - wakacje
Wbrew dominującym poglądom uważam, że życie jest grą o sumie zerowej. Jeśli komuś jest lepiej, to komuś musi być gorzej.
Trwające wakacje są czasem, gdy lepiej jest nauczycielom, gorzej rodzicom, którzy stają na głowie, by gorzej im nie było. Mogą swoim brzemieniem podzielić się z dziadkami lub opłacić najemników. Ten drugi wariant oznacza jednak konieczność wypłacenia stosownej gratyfikacji finansowej pracownikom obozów, kolonii, czy półkolonii.
Jak ujął to klasyk, wolność polega na możności kupienia jej sobie.
Czego czytelnikom, kosztem nieczytających, życzę.
Trwające wakacje są czasem, gdy lepiej jest nauczycielom, gorzej rodzicom, którzy stają na głowie, by gorzej im nie było. Mogą swoim brzemieniem podzielić się z dziadkami lub opłacić najemników. Ten drugi wariant oznacza jednak konieczność wypłacenia stosownej gratyfikacji finansowej pracownikom obozów, kolonii, czy półkolonii.
Jak ujął to klasyk, wolność polega na możności kupienia jej sobie.
Czego czytelnikom, kosztem nieczytających, życzę.
niedziela, 29 czerwca 2014
wolność cz.1 - Bóg umarł
"Bóg umarł." Nitsche z rozmysłem mówił o śmierci Boga, a nie o jego uśmierceniu. Człowiek Boga zabić nie może, nie możne wejść w boską rzeczywistość by się go pozbyć, a z pułapu człowieczeństwa jest to niewykonalne. Nitsche nie próbuje zastąpić jednej nadrzędnej zasady inną, nie chce tworzyć nowych bogów, jakkolwiek mieliby się nazywać. Snuje inną, frapującą i obiecującą wizję. Człowiek ma stać się wolny. Wolny od poczucia, że jest ponad nim coś nieosiągalnego, coś co go przerasta i zawsze będzie przerastało, że horyzonty ludzkie są ograniczone jakimś absolutem. Snuje wizję, w której to człowiek wyznacza co chce, co może zrobić. Nie chce z człowieka zrobić Boga, chce człowiekowi dać całkowitą i pełną swobodę działania.
A jednak zdanie "Bóg umarł." to wyraz bezradności, nie triumfu człowieka. Po pierwsze, Nitsche nie potrafi uwolnić się od chrześcijańskiej, więc pełnej Boga, perspektywy. Narracja o bożej śmierci snuta jest bożymi słowami. "Bóg umarł" brzmi jak prolog do słów ewangelisty: "(...) Ja oddaje swoje życie, aby je później odzyskać. Nikt mi go nie zabiera. lecz ja sam dobrowolnie je oddaję, gdyż jest w mej mocy oddać je i potem znów odzyskać.". Nitsche nie może, nie umie Boga uśmiercić. Śmierć Boga jest procesem od człowieka niezależnym.
Po drugie, przyznaje też Nitsche, że Bóg był. Taka idea realnie funkcjonowała w świadomości ludzkiej. Więcej, nadal funkcjonuje i będzie funkcjonować tak długo, jak długo świat w śmierć Boga nie uwierzy.
I wreszcie po trzecie, skąd Nitsche wie o śmierci Boga? Kto i skąd o tym może wiedzieć? Kto jest, był pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem? Kto stał u jego łoża śmierci? Czy ktoś zajął teraz jego pozycję i z góry mówi do ludu ustami filozofa? Czy to sam Nitsche? Jeśli tak to cała opowieść o "śmierci Boga" nie ma sensu. Sprowadza się do zmiany etykiet przed ołtarzami. A może wniosek o śmierci Boga wysnuty został z obserwacji świata? Czy świat po śmierci Boga stał się inny? Zdanie "Bóg umarł" to teoretyczny koncept tak samo prawdziwy, jak fałszywy.
W gruncie rzeczy Nitsche podjął tylko próbę obalenia chrześcijańskiego wyobrażenia Boga, jednego z wyobrażeń. Niechcący, być może, przyłączył się do teologii negatywnej, według której niemożna zamknąć Boga w jakiejkolwiek dostępnej człowiekowi formie, jakimkolwiek opisie. Próba uwolnienia człowieka spod dominacji Boga wskazuje na siłę pojęcia "Bóg". Pozbawić świat Boga, może tylko sam Bóg. tylko Bóg może zapewnić światu wolność od Boga. Jaki jest świat, w którym Bóg umarł? Czy rzeczywiście jest od Boga wolny? Czy odkrycie, stwierdzenie śmierci Boga czyni ludzkość wolną? Jak wygląda percepcja takiego "odkrycia"? Czy jest to możliwe do przyjęcia? Zdanie o śmierci Boga nie jest bluźnierstwem, jest Boga apoteozą. Bo wycofanie się Boga ze świata jest tym właśnie co Bóg winien zrobić, by pozostać Bogiem. To jaką nazwę nada temu człowiek jest bez znaczenia.
Bóg daje nam wolność, w tym także wolność definiowania Boga. To człowiek określa czym Bóg jest, albo precyzyjniej gdzie go nie ma. To ostateczna wolność, Bóg nie ustanawia żadnej granicy, sami ja tworzymy. Nitsche błędnie wierzył, że człowiek uwolniony od Boga będzie wolny. Nie jest wolnością zniesienie wszelkich granic, jest nią zdolność do ciągłego granic przekraczania, bo granice zawsze były, są i będą. Negując istnienie granic, barier udajemy, nie chcemy widzieć naszych ludzkich ograniczeń, tego co właśnie nas definiuje.
Śmierć Boga nie uwalnia nas od niego. Jeśli umarł, nie można się od niego uwolnić, bo go nie ma. A jeśli ktoś nadal czuje się przez Boga uwięziony, mimo że jednocześnie ogłoszona została Boga śmierć, oznaczać może to tylko jedno - dla tego kogoś Bóg nadal żyje. Walka z Bogiem jest zawsze uznaniem jego istnienia.
Wolnością jest zrozumienie, że Bóg jest tylko tam, gdzie chcemy, żeby był.
A jednak zdanie "Bóg umarł." to wyraz bezradności, nie triumfu człowieka. Po pierwsze, Nitsche nie potrafi uwolnić się od chrześcijańskiej, więc pełnej Boga, perspektywy. Narracja o bożej śmierci snuta jest bożymi słowami. "Bóg umarł" brzmi jak prolog do słów ewangelisty: "(...) Ja oddaje swoje życie, aby je później odzyskać. Nikt mi go nie zabiera. lecz ja sam dobrowolnie je oddaję, gdyż jest w mej mocy oddać je i potem znów odzyskać.". Nitsche nie może, nie umie Boga uśmiercić. Śmierć Boga jest procesem od człowieka niezależnym.
Po drugie, przyznaje też Nitsche, że Bóg był. Taka idea realnie funkcjonowała w świadomości ludzkiej. Więcej, nadal funkcjonuje i będzie funkcjonować tak długo, jak długo świat w śmierć Boga nie uwierzy.
I wreszcie po trzecie, skąd Nitsche wie o śmierci Boga? Kto i skąd o tym może wiedzieć? Kto jest, był pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem? Kto stał u jego łoża śmierci? Czy ktoś zajął teraz jego pozycję i z góry mówi do ludu ustami filozofa? Czy to sam Nitsche? Jeśli tak to cała opowieść o "śmierci Boga" nie ma sensu. Sprowadza się do zmiany etykiet przed ołtarzami. A może wniosek o śmierci Boga wysnuty został z obserwacji świata? Czy świat po śmierci Boga stał się inny? Zdanie "Bóg umarł" to teoretyczny koncept tak samo prawdziwy, jak fałszywy.
W gruncie rzeczy Nitsche podjął tylko próbę obalenia chrześcijańskiego wyobrażenia Boga, jednego z wyobrażeń. Niechcący, być może, przyłączył się do teologii negatywnej, według której niemożna zamknąć Boga w jakiejkolwiek dostępnej człowiekowi formie, jakimkolwiek opisie. Próba uwolnienia człowieka spod dominacji Boga wskazuje na siłę pojęcia "Bóg". Pozbawić świat Boga, może tylko sam Bóg. tylko Bóg może zapewnić światu wolność od Boga. Jaki jest świat, w którym Bóg umarł? Czy rzeczywiście jest od Boga wolny? Czy odkrycie, stwierdzenie śmierci Boga czyni ludzkość wolną? Jak wygląda percepcja takiego "odkrycia"? Czy jest to możliwe do przyjęcia? Zdanie o śmierci Boga nie jest bluźnierstwem, jest Boga apoteozą. Bo wycofanie się Boga ze świata jest tym właśnie co Bóg winien zrobić, by pozostać Bogiem. To jaką nazwę nada temu człowiek jest bez znaczenia.
Bóg daje nam wolność, w tym także wolność definiowania Boga. To człowiek określa czym Bóg jest, albo precyzyjniej gdzie go nie ma. To ostateczna wolność, Bóg nie ustanawia żadnej granicy, sami ja tworzymy. Nitsche błędnie wierzył, że człowiek uwolniony od Boga będzie wolny. Nie jest wolnością zniesienie wszelkich granic, jest nią zdolność do ciągłego granic przekraczania, bo granice zawsze były, są i będą. Negując istnienie granic, barier udajemy, nie chcemy widzieć naszych ludzkich ograniczeń, tego co właśnie nas definiuje.
Śmierć Boga nie uwalnia nas od niego. Jeśli umarł, nie można się od niego uwolnić, bo go nie ma. A jeśli ktoś nadal czuje się przez Boga uwięziony, mimo że jednocześnie ogłoszona została Boga śmierć, oznaczać może to tylko jedno - dla tego kogoś Bóg nadal żyje. Walka z Bogiem jest zawsze uznaniem jego istnienia.
Wolnością jest zrozumienie, że Bóg jest tylko tam, gdzie chcemy, żeby był.
eksperci
Mundial w Brazylii bardziej śledzę, niż oglądam, niestety. To co udało mi się obejrzeć ucieszyło moje oczy i serce. Ładne mecze i bramki.
Jak co cztery lata mam swoich faworytów, którzy koniec końców nie zdobywają mistrzostwa. Sam jestem ciekaw, czy i tym razem się pomylę. W Niemczech obstawiałem Ukrainę, a w RPA Brazylię. Nie były to typy zbyt oczywiste, ale i nie absurdalne, bo choć i jedni i drudzy odpadli już w ćwierćfinałach, to przegrali minimalnie z późniejszymi finalistami. Teraz czas na Meksyk.

Tak sobie wymyślam, kto mógłby wygrać, bo jestem zwykłym nieczęstym oglądaczem i fotelowym kibicem, ale tzw. eksperci też niezłe maja pomysły.
Najbardziej lubię, gdy wracają pamięcią do zamierzchłych czasów, nie ma to żadnego przełożenia na to co się dzieje na boisku, ale milo posłuchać. To, że się mylą łatwo im wybaczam, natomiast tego, że nie silą się na jakikolwiek obiektywizm, w tym co mówią, już nie. Słyszymy, że niestety jakaś drużyna z Afryki, czy Ameryki Środkowej strzela bramkę Europejczykom, albo długie minuty o tym co niby potrafi jakiś gigant, ale w grze tego nie ma, to trzeba poopowiadać itd., itp.
W sumie im zazdroszczę, mówią co chcą, jak chcą, o czym chcą, bez żadnych konsekwencji.
Jak co cztery lata mam swoich faworytów, którzy koniec końców nie zdobywają mistrzostwa. Sam jestem ciekaw, czy i tym razem się pomylę. W Niemczech obstawiałem Ukrainę, a w RPA Brazylię. Nie były to typy zbyt oczywiste, ale i nie absurdalne, bo choć i jedni i drudzy odpadli już w ćwierćfinałach, to przegrali minimalnie z późniejszymi finalistami. Teraz czas na Meksyk.
Tak sobie wymyślam, kto mógłby wygrać, bo jestem zwykłym nieczęstym oglądaczem i fotelowym kibicem, ale tzw. eksperci też niezłe maja pomysły.
Najbardziej lubię, gdy wracają pamięcią do zamierzchłych czasów, nie ma to żadnego przełożenia na to co się dzieje na boisku, ale milo posłuchać. To, że się mylą łatwo im wybaczam, natomiast tego, że nie silą się na jakikolwiek obiektywizm, w tym co mówią, już nie. Słyszymy, że niestety jakaś drużyna z Afryki, czy Ameryki Środkowej strzela bramkę Europejczykom, albo długie minuty o tym co niby potrafi jakiś gigant, ale w grze tego nie ma, to trzeba poopowiadać itd., itp.
W sumie im zazdroszczę, mówią co chcą, jak chcą, o czym chcą, bez żadnych konsekwencji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)