W przeciwieństwie, do swych starszych braci Feluś uwielbia pluszaki. Chcecie znaleźć drogę do jego serca? Skorzystajcie z usług psa przewodnika - przytulanki. Ukochany Słodziak towarzyszy mu w przedszkolu, posiłkach, śnie, spacerach. Czekam, kiedy zaczną wspólne kąpiele.
Mogę nie lubić chwil, gdy na barana dźwigam oprócz syna także psa, jednak ta zabawka, zabawki go inspirują. Oglądając "Toy Story" łatwo zapomnieć, że życie zabawek jest wtórne, jest odbiciem pomysłów dziecka. Ale obejrzyjcie scenę (cudowna) gdy Andy przemienia dobroduszną świnkę w demonicznego generała Golonkę. Wspaniała nowa jakość!
Zabawki pozwalają dzieciom być kreatorami. Jest tak tak długo, jak długo zabawki nie są przedmiotami, rzeczami, które się posiada. Póki żyją.
Widząc dorosłych, czy prawie dorosłych z maskotkami wyczuwam niebezpieczeństwo. Ktoś ma coś miłego, miękkiego, coś nad czym sprawuje kontrolę. Puszysty wzorzec z Sevres władzy, pewności, bezpieczeństwa, zadowolenia z dnia dzisiejszego... Dojrzały świat pluszowych misiów jest kuszący, łatwy, autoerotycznie jednoosobowy, pełen gadżetów do przytulania.
Jeśli nie jesteśmy dziećmi, to posiadanie przytulanki jest jałowe, jeszcze bardziej gdy przytulanką jest człowiek. Kryje się za nim kłamliwe przekonanie o własnej wyższości, schowane za np. "zaopiekuję się", "wiem lepiej", nawet "kocham". Strach przed rzeczywistym poznaniem.
środa, 5 listopada 2014
poniedziałek, 3 listopada 2014
Wisząca Skała
Przyjmowałem za pewnik, że "Piknik pod Wiszącą Skałą" jest filmem o magii. O magii, do której dostęp traci aborygen spętany czerwoną kurtką angielskiego żołnierza, a odzyskują dziewczęta i jedna z nauczycielek uwalniając się od konwencji konfekcji.
Zachwiała moją pewnością wypowiedź bohaterki conradowskiego "Ocalenia" - Jakże pan albo ja możemy wiedzieć, co jest niemożliwe? Nie odważyłby się pan tego odgadnąć!
Może "Piknik..." jest o strachu przed odpowiedzią co jest, a co nie jest możliwe?
Wszyscy zaplatani w tę historię zaczynają w wiktoriańskich, bezpiecznych kostiumach. Pensja dla dziewcząt tak wytresowanych, że nawet rękawiczki ściągają na komendę (oczywiście już poza granicami pełnego oczu miasteczka). Są tacy póki nie dotknie ich Skała. Cud geologiczny. Czarny, jałowy kamień, co zjawił się specjalnie, by czekać.
Myślałem - magia, myślę - siła, każe wspinać się nastolatkom, a później i pani profesor skutecznie, aż do zniknięcia.
Niesamowita jest niemoc prób spenetrowania Wiszącej Skały. Sensowne, zorganizowane działania nie przynoszą powodzenia, skuteczne jest poddanie się logice góry - błądzenie. Odnaleziono jedną dziewczynę. Uratowana i wybawiciel wracając ze Skały przegrywają wolność. Zostają przez środowisko skazani na stworzenie pary, wciągnięci w rytm tego, co znane, normalne, uznane za możliwe.
Strasznie smutny byłby taki "Piknik...". Bo albo czeka nas uwiezienie, albo zniknięcie. A przecież ten film nie jest smutny. Czy jest szansą, kto się odważy uznać za rozwiązanie to co niemożliwe? Skała w naszym świecie jest złowróżebna, wroga, niszczycielska, ale może też być całym innym światem. Nie wiemy jakim. Nie wiemy, czy nas przyjmie. Wiemy, że nie poznamy go tak długo, jak się tam nie znajdziemy. Wiemy, że słono zapłacimy, jeśli zechcemy zawrócić wpół drogi.
I co?
Zachwiała moją pewnością wypowiedź bohaterki conradowskiego "Ocalenia" - Jakże pan albo ja możemy wiedzieć, co jest niemożliwe? Nie odważyłby się pan tego odgadnąć!
Może "Piknik..." jest o strachu przed odpowiedzią co jest, a co nie jest możliwe?
Wszyscy zaplatani w tę historię zaczynają w wiktoriańskich, bezpiecznych kostiumach. Pensja dla dziewcząt tak wytresowanych, że nawet rękawiczki ściągają na komendę (oczywiście już poza granicami pełnego oczu miasteczka). Są tacy póki nie dotknie ich Skała. Cud geologiczny. Czarny, jałowy kamień, co zjawił się specjalnie, by czekać.
Myślałem - magia, myślę - siła, każe wspinać się nastolatkom, a później i pani profesor skutecznie, aż do zniknięcia.
Niesamowita jest niemoc prób spenetrowania Wiszącej Skały. Sensowne, zorganizowane działania nie przynoszą powodzenia, skuteczne jest poddanie się logice góry - błądzenie. Odnaleziono jedną dziewczynę. Uratowana i wybawiciel wracając ze Skały przegrywają wolność. Zostają przez środowisko skazani na stworzenie pary, wciągnięci w rytm tego, co znane, normalne, uznane za możliwe.
Strasznie smutny byłby taki "Piknik...". Bo albo czeka nas uwiezienie, albo zniknięcie. A przecież ten film nie jest smutny. Czy jest szansą, kto się odważy uznać za rozwiązanie to co niemożliwe? Skała w naszym świecie jest złowróżebna, wroga, niszczycielska, ale może też być całym innym światem. Nie wiemy jakim. Nie wiemy, czy nas przyjmie. Wiemy, że nie poznamy go tak długo, jak się tam nie znajdziemy. Wiemy, że słono zapłacimy, jeśli zechcemy zawrócić wpół drogi.
I co?
sobota, 25 października 2014
Wakacje na Lampedusie.
Z zapamiętanych z dzieciństwa zdań, jest i takie: "Lecę na południe wyzłocić w słońcu swoje skrzydła."
Niedawno miałem okazję przeczytać je moim chłopcom. Akurat ta fraza nie wywarła na nich specjalnego wrażenia, ale już zachowanie Geniusza, który ją wypowiedział, już tak. Wydał im się zły i niesprawiedliwy, bo chciał zabić rybaka, swojego wybawcę.
Geniusz odlatywał, zostawiał stanowiącego dla niego istotę niższą człowieka, kogoś kto spełnił swoje zadanie w jego, istoty wyższej, życiu.
Śródziemnomorskie Melilla, Ceuta, Wyspy Pelagijskie ... mityczne, czarodziejskie Południe.
To "nasze" Południe jest też Północą, a jedną z Wysp Pelagijskich jest Lampedusa. Miejsce, gdzie jak chcą jedni odbywa się desant brudasów, którzy powinni siedzieć u siebie, czy jak powiedzą drudzy syta Europa zobaczyć może swoje zakłamanie. W centrum dyskusji znajdzie się miejsce i dla kwestii odpowiedzialności władz Tunezji, czy Libii, i dla działalności mafii przemytników, i dla nieszczelności granic tak morskich, jak lądowych. Co zresztą kto chce.
Boli mnie to co o tym słyszę, czytam, oglądam, co myślę.
Najbardziej jednak przeraża mnie, że większość z nas mieszkańców krajów tzw. "cywilizowanych" żyje już, albo zaraz będzie żyła na takich samych lampedusach i nawet tego nie zauważy.
Informacja o coraz większym rozwarstwieniu społecznym odczytana z najnowszego iPhone'a, zobaczona na wklęsłym ekranie nic nie znaczy. Niewiarygodne wydaje się, że lepiej już było skoro to teraz właśnie, nie kiedyś, nawet nie rok temu, mam chipsy o smaku pitaji, piwo które idąć przez świat, przemieniło go, ..., wakacje na Dżerbie, czy w innej Hurghadzie.
Wszyscy jesteśmy wabieni do łodzi płynących do edenów łatwiej, czyściej, szybciej, młodziej, taniej. Wyspecjalizowane agencje obiecują to nam, jak ludziom w Afryce Europę. Z tego żyją. Jak długo możemy im płacić wiozą nas, gdy przestajemy zostajemy porzuceni, skazani na dryf.
Niedawno miałem okazję przeczytać je moim chłopcom. Akurat ta fraza nie wywarła na nich specjalnego wrażenia, ale już zachowanie Geniusza, który ją wypowiedział, już tak. Wydał im się zły i niesprawiedliwy, bo chciał zabić rybaka, swojego wybawcę.
Geniusz odlatywał, zostawiał stanowiącego dla niego istotę niższą człowieka, kogoś kto spełnił swoje zadanie w jego, istoty wyższej, życiu.
Śródziemnomorskie Melilla, Ceuta, Wyspy Pelagijskie ... mityczne, czarodziejskie Południe.
To "nasze" Południe jest też Północą, a jedną z Wysp Pelagijskich jest Lampedusa. Miejsce, gdzie jak chcą jedni odbywa się desant brudasów, którzy powinni siedzieć u siebie, czy jak powiedzą drudzy syta Europa zobaczyć może swoje zakłamanie. W centrum dyskusji znajdzie się miejsce i dla kwestii odpowiedzialności władz Tunezji, czy Libii, i dla działalności mafii przemytników, i dla nieszczelności granic tak morskich, jak lądowych. Co zresztą kto chce.
Boli mnie to co o tym słyszę, czytam, oglądam, co myślę.
Najbardziej jednak przeraża mnie, że większość z nas mieszkańców krajów tzw. "cywilizowanych" żyje już, albo zaraz będzie żyła na takich samych lampedusach i nawet tego nie zauważy.
Informacja o coraz większym rozwarstwieniu społecznym odczytana z najnowszego iPhone'a, zobaczona na wklęsłym ekranie nic nie znaczy. Niewiarygodne wydaje się, że lepiej już było skoro to teraz właśnie, nie kiedyś, nawet nie rok temu, mam chipsy o smaku pitaji, piwo które idąć przez świat, przemieniło go, ..., wakacje na Dżerbie, czy w innej Hurghadzie.
poniedziałek, 29 września 2014
Niemistrz
Choć „Polska mistrzem świata” nie brzmi tak dobrze jak „Polska mistrzem Polski”, ale ujdzie.
Namnożyło się polskich mistrzów. Po sukcesie siatkarzy jeszcze się wahałem, ale ile można wytrzymać. Kibicowałem polskim siatkarzom, choć ze znanych przyczyn udało mi się obejrzeć tylko dwa mecze – pierwszy i ostatni. Kwiatkowskiego na trasie niestety nie oglądałem.
Co oznacza bycie mistrzem? Bycie najlepszym? Obiektywnie to tylko wygraną w tym konkretnym turnieju, tym wyścigu. Bo raczej polska drużyna nie jest lepsza od brazylijskiej, amerykańskiej , czy rosyjskiej, polski kolarz nie wygrywa wyścigu za wyścigiem, dając różnym Niemcom, Włochom, Hiszpanom powąchać tylko już ledwie uchwytny zapach swego potu.
Wiele drużyn gra na bardzo podobnym poziomie. Polacy wygrali bo potrafili tak w całym turnieju, jak i w decydujących meczach pokazać coś co było dla przeciwników nowe. Głęboko w to wierzę. Przy obecnym nasyceniu informacjami o drużynie przeciwnej, jedni o drugich wiedzą praktycznie wszystko, stąd wprowadzenie zmiany personalnej lub taktycznej jest bronią niezmiernie skuteczną. Cieszę się, że tym razem udało się to Polakom.
Wielu kolarzy może wygrać dowolny wyścig. Bez dwóch zdań Kwiatkowski został mistrzem świata dzięki swemu nastawieniu na cel (odpuścił jedne zawody, uczestniczył w takich, które przygotowały go tego konkretnego wyścigu) ale i też pracy swoich kolegów. Cześć z nich nie była w stanie ukończyć zawodów, tyle ich kosztowało przygotowanie finiszu lidera. Polaków jechało aż dziewięciu, można sobie zadać pytanie ilu dobrych kolarzy nie miało szansy na sukces, bo miało mnie pomocników (ach te sportowe zasady).
Oczywiście mistrzostwo to tylko pretekst. Na ile konstytutywne jest dla nas wygrywanie, nasza perfekcja, bycie mistrzem? W królestwie ślepców jednooki jest królem. Nie sposób być najlepszym bez tych gorszych, nic bardziej względnego niż mistrzostwo. Usain Bolt jest najszybszym człowiekiem na świecie, tak go postrzegamy, ale tylko dlatego, że sami tak prędko nie biegamy. Określenie kogoś jako mistrza jest definicją nie jego ale nas. My nie jesteśmy mistrzami. Konstruktywne jest dla nas, że tak szybko nie biegamy, nie jeździmy, nie panujemy tak perfekcyjnie nad piłka…
Ogranicza nas ciało, wiek, wiedza, doświadczenie. W niczym nie możemy osiągnąć absolutu. Jedynie wymierne jest to czym jesteśmy, nie co osiągnąć (potencjalnie) możemy. Opisując się dokonujemy samoograniczenia - Polak, mężczyzna, ojciec, a przede wszystkim niemistrz w biegach, piłce, pływaniu, zmywaniu, czytaniu, opowiadaniu bajek, naprawianiu dachu, …
Definiując się przez własne słabości, niedociągnięcia, odcinając wszystko co ogólne, doskonałe bronimy się przed rozpłynięciem w nijaką nieskończoności, ale i przed groźbą poczucia się posiadaczem całej prawdy, wiedzy, bycia Bogiem.
piątek, 12 września 2014
przewrót kopernikański
Z niewielkim, jak na mnie, poślizgiem przeczytałem treść wystąpienia Bronisława Komorowskiego przed Bunestagiem, w którym przywołał on hasło enerdowskich opozycjonistów - "Wir sind das Volk" ("To my jesteśmy narodem").
W opinii polskiego prezydenta hasło to miało być: "(...) wołaniem o uznanie podmiotowości obywateli i ich suwerenności wobec władz państwa." Nie mogłem nie zwrócić uwagi na to zdanie. Nie dlatego, że jest jakoś szczególnie cenne, ważne intelektualnie, czy poznawczo. Jest nijakie, ale wskazuje jednoznacznie na myślenie o państwie jako o instytucji utworzonej przez naród, który z kolei stworzyli ludzie. Wszyscy tak mowia, tak uważają, to jest normalne. Częto jest to nawet zapisane w ważnych aktach prawnych, np.: "Naród żydowski powstawał w Ziemi Izraela. Tutaj ukształtowała się jego duchowa, religijna i państwowa tożsamość. Tutaj po raz pierwszy stworzył on państwo."
Ponad 30 lat temu dokonał się w naukach społecznych i politycznych przewrót, przewrót kopernikański. Ernest Gellner stwierdził, że to państwa stworzyły narody, nie odwrotnie.
Jest to stwierdzenie tak dziwne, że chyba niemożliwe, nieprawdziwe. Czyż słońce nie wschodzi na wschodzie i nie zachodzi na zachodzie? Przecież wszyscy to widzą!
A jednak tworzące się w XIX wieku państwa kapitalistyczne potrzebowały, ze względów gospodarczych, unifikacji. Ta prowadzona była przy wykorzystaniu edukacji, policji, wojska, mitologii, aż do skutecznego scalenia lokalnych społeczeństw w państwa narodowe.
Narody nie mogą być wobec swych stwórców suwerenne. Państwa są suwerenne. Nawet jeśli słyszymy o suwerenności narodu, to suwerenność ta zrealizowana ma być poprzez istnienie narodu w państwie. Albo państwie "tego narodu", albo jako mniejszość w obrebie państwa, które gwarantuje tej mniejszości jej narodowe prawa. Tak, czy siak ostatecznym gwarantem praw narodu, ich depozytariuszem jest państwo. Państwo jest nie tylko suwerenem, w stosunku do narodu jest suzerenem.
O tym dlaczego w dyskursie poświęconym narodom i państwom burżuazyjnym posługujemy się feudalnymi pojęciami "suweren" i "suzeren", mam nadzieję napisać więcej już niedługo.
W opinii polskiego prezydenta hasło to miało być: "(...) wołaniem o uznanie podmiotowości obywateli i ich suwerenności wobec władz państwa." Nie mogłem nie zwrócić uwagi na to zdanie. Nie dlatego, że jest jakoś szczególnie cenne, ważne intelektualnie, czy poznawczo. Jest nijakie, ale wskazuje jednoznacznie na myślenie o państwie jako o instytucji utworzonej przez naród, który z kolei stworzyli ludzie. Wszyscy tak mowia, tak uważają, to jest normalne. Częto jest to nawet zapisane w ważnych aktach prawnych, np.: "Naród żydowski powstawał w Ziemi Izraela. Tutaj ukształtowała się jego duchowa, religijna i państwowa tożsamość. Tutaj po raz pierwszy stworzył on państwo."
Ponad 30 lat temu dokonał się w naukach społecznych i politycznych przewrót, przewrót kopernikański. Ernest Gellner stwierdził, że to państwa stworzyły narody, nie odwrotnie.
Jest to stwierdzenie tak dziwne, że chyba niemożliwe, nieprawdziwe. Czyż słońce nie wschodzi na wschodzie i nie zachodzi na zachodzie? Przecież wszyscy to widzą!
A jednak tworzące się w XIX wieku państwa kapitalistyczne potrzebowały, ze względów gospodarczych, unifikacji. Ta prowadzona była przy wykorzystaniu edukacji, policji, wojska, mitologii, aż do skutecznego scalenia lokalnych społeczeństw w państwa narodowe.
Narody nie mogą być wobec swych stwórców suwerenne. Państwa są suwerenne. Nawet jeśli słyszymy o suwerenności narodu, to suwerenność ta zrealizowana ma być poprzez istnienie narodu w państwie. Albo państwie "tego narodu", albo jako mniejszość w obrebie państwa, które gwarantuje tej mniejszości jej narodowe prawa. Tak, czy siak ostatecznym gwarantem praw narodu, ich depozytariuszem jest państwo. Państwo jest nie tylko suwerenem, w stosunku do narodu jest suzerenem.
O tym dlaczego w dyskursie poświęconym narodom i państwom burżuazyjnym posługujemy się feudalnymi pojęciami "suweren" i "suzeren", mam nadzieję napisać więcej już niedługo.
czwartek, 4 września 2014
McDonald uczy.
Rodzinna wycieczka rowerowa do Sopotu nie jest wyzwaniem sportowym, ale rodzicielskim i owszem. Rozrywki, na miejscu, odpowiednie dla wszystkich chłopców, aprowizacja, przewidywanie zdarzeń nieprzewidywalnych, itp.,itd. Ładnych parę godzin, w których możliwości zwizytowania McDonalda jest nie do przecenienia.
Yoda powiedziałby: "Fast food drogą na Ciemną Stronę jest." Ulegam ja, ulegają moje dzieci tej Mocy.
Dziś nie o kaloriach i cholesterolu. Będzie smutniej.
Odstajemy w kolejce, odczekujemy na zamówienie. Czas trwania obu czynności pozostawał w dodatniej korelacji z wielkością sieci z usług której korzystaliśmy, dzieci na krawędzi, ja, jak łatwo odgadnąć, luz. I patrzę w tym luzie, na młodych ludzi uwijających się przy frytkach, burgerach, colach. Ogromny koncern pozwala im zarobić pieniądze i pisać pierwszy rozdział CV. No, sam na nich też zarabia. Ogólnie OK.
Ale nie jest tylko tak. Ci młodzi ludzie każdym wydanym zestawem, każdą otrzymana pensją uczą się, że ten właśnie świat jest normalny, że tak ma wyglądać teraz i na zawsze. Tworzą go klienci, z rodzinami lub solo, oni sami kupujący, czy odkładający pierwsze pieniądze, sensowna, spójna wizja, z dobrym marketingiem.
Czy jest coś złego w tym, że uczący się, młodzi ludzie wykonują ciężką, choćby i relatywnie mało płatną? Przecież nie potrzebują zbyt wiele. Niech dorabiają do kieszonkowego, a przy okazji nauczą się co znaczy praca, zarabianie na siebie.
Tego się raczej nie nauczą, nie zarabiają na utrzymanie. Nauczą się, że normą jest zatrudnienie szeregowego pracownika za stawkę tysiące razy niższą niż prezesa, że jeśli za prace można zapłacić mało, to trzeba zapłacić jeszcze mniej. Fałszywe wyobrażenie o zasadach zatrudniania i zapłaty, precyzyjniej, o sposobie wyzyskiwania innych. Z takim wyobrażeniem wejdą w swoje dorosłe życie. Nieliczni jako pracodawcy, liczni jako pracobiorcy. I ci, i ci bezwolni. Uodpornieni szczepionką praktyki w korporacji na wątpliwości. Jedni będą wyzyskiwać, inni pozwolą na to, bo wierzą, że taki jest ich świat. Normalny świat, który kupił ich drobnymi łakociami.
Coś co słyszymy stale, tysiące razy, nie może być głupstwem.
"I'm lovin' it!"
Yoda powiedziałby: "Fast food drogą na Ciemną Stronę jest." Ulegam ja, ulegają moje dzieci tej Mocy.
Dziś nie o kaloriach i cholesterolu. Będzie smutniej.
Odstajemy w kolejce, odczekujemy na zamówienie. Czas trwania obu czynności pozostawał w dodatniej korelacji z wielkością sieci z usług której korzystaliśmy, dzieci na krawędzi, ja, jak łatwo odgadnąć, luz. I patrzę w tym luzie, na młodych ludzi uwijających się przy frytkach, burgerach, colach. Ogromny koncern pozwala im zarobić pieniądze i pisać pierwszy rozdział CV. No, sam na nich też zarabia. Ogólnie OK.
Ale nie jest tylko tak. Ci młodzi ludzie każdym wydanym zestawem, każdą otrzymana pensją uczą się, że ten właśnie świat jest normalny, że tak ma wyglądać teraz i na zawsze. Tworzą go klienci, z rodzinami lub solo, oni sami kupujący, czy odkładający pierwsze pieniądze, sensowna, spójna wizja, z dobrym marketingiem.
Czy jest coś złego w tym, że uczący się, młodzi ludzie wykonują ciężką, choćby i relatywnie mało płatną? Przecież nie potrzebują zbyt wiele. Niech dorabiają do kieszonkowego, a przy okazji nauczą się co znaczy praca, zarabianie na siebie.
Tego się raczej nie nauczą, nie zarabiają na utrzymanie. Nauczą się, że normą jest zatrudnienie szeregowego pracownika za stawkę tysiące razy niższą niż prezesa, że jeśli za prace można zapłacić mało, to trzeba zapłacić jeszcze mniej. Fałszywe wyobrażenie o zasadach zatrudniania i zapłaty, precyzyjniej, o sposobie wyzyskiwania innych. Z takim wyobrażeniem wejdą w swoje dorosłe życie. Nieliczni jako pracodawcy, liczni jako pracobiorcy. I ci, i ci bezwolni. Uodpornieni szczepionką praktyki w korporacji na wątpliwości. Jedni będą wyzyskiwać, inni pozwolą na to, bo wierzą, że taki jest ich świat. Normalny świat, który kupił ich drobnymi łakociami.
Coś co słyszymy stale, tysiące razy, nie może być głupstwem.
"I'm lovin' it!"
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
222 rocznica końca świata
10 sierpnia 1792 obalono we Francji monarchię. Nie oznacza to, że z tym dniem Ludwik XVI przestał rządzić Francją, nie rządził już od dawna, o ile rządził kiedykolwiek. Nawet władcy absolutni nie rządzili sami. (Ostatnią znaną mi, i też nieudaną, próbę takich rządów podjął Towarzysz Wiesław. Ale żeby nie grzebać się w realsocjalizmie,wystarczy poczytać Dumasa.)
W gruncie rzeczy, kto rządzi jest kwestia techniczną, regulowaną prawem, zwyczajami, grą sił oficjalnych i nieoficjalnych. Najistotniejsze jest w obrębie jakiego modelu odbywa się ta gra. System monarchiczny zakłada nadrzędności osoby – króla. Bez tej osoby cały układ traci sens, rozpada się. Pozbawienie króla władzy niewiele zmienia - nie musi rządzić, musi tylko i aż być, ale zrobienie z niego obywatela Kapeta już tak. Zdelegalizowane zostało Królestwo Francji, zabrakło osoby niezbędnej, konstytutywnej. Określenie zmiana ustroju kłamie, w tym momencie coś przestało istnieć.
W gruncie rzeczy, kto rządzi jest kwestia techniczną, regulowaną prawem, zwyczajami, grą sił oficjalnych i nieoficjalnych. Najistotniejsze jest w obrębie jakiego modelu odbywa się ta gra. System monarchiczny zakłada nadrzędności osoby – króla. Bez tej osoby cały układ traci sens, rozpada się. Pozbawienie króla władzy niewiele zmienia - nie musi rządzić, musi tylko i aż być, ale zrobienie z niego obywatela Kapeta już tak. Zdelegalizowane zostało Królestwo Francji, zabrakło osoby niezbędnej, konstytutywnej. Określenie zmiana ustroju kłamie, w tym momencie coś przestało istnieć.
Obchodzimy właśnie 222 rocznicę końca świata.
Subskrybuj:
Posty (Atom)