sobota, 8 marca 2014

9 marca.

"Jest tyle wierszy o pierwszym maja, że będę pisał tylko o drugim dniu tego miesiąca."  (Pablo Neruda.)          
Osaczają nas różne daty, prześladują. Dzień Kobiet, albo jeszcze mocniej (jak było w czasach słusznie minionych) Święto, to jeden z takich przypadków.
Nie ma w nim niby nic złego, a uwiera. Choć ból głowy czuję dopiero przy zdaniu, że dzień kobiet powinien być przez cały rok.
8 marca nie jest oczywiście maskulinistycznym listkiem figowym przykrywającym 364,25 dnia wyzysku kobiet przez mężczyzn. To kulturowy twór akceptowany ochoczo przez większość społeczeństwa. Nie ma w zasadzie nic wspólnego, z wyzyskiem lub nie płci słabej. Jest jednym z dowodów na konformizm społeczny, ale chcemy czy nie większość każdego społeczeństwa, w każdym miejscu i czasie taka właśnie jest.
Zabawne jest dostrzec, jak osoby czy organizacje, które chciałyby odstromić schody, czy rozbijać sufity, wykorzystują do organizowania swych akcji właśnie ósmy dzień marca. Ta data powinna być dla nich zakazana. Wszelka aktywność, nawet wymierzona w ideę dnia kobiet, utrwala rozumienie tego dnia, jako szczególnego, wyjątkowego bo niemęskiego w męskim świecie.
A świat wokół nas jest męski, kultura którą oddychamy jest męska, język którym mówimy jest męski... Taka jest rzeczywistość, nie jest ani zła, ani dobra. taka jest.
Nie zmienia jej nagle żadne manify, teorie, deklaracje, publikacje, święta, antyświeta, jednak dobrze że to wszystko się dzieje. Bo jak głęboko wierzę świat powinien się zmieniać, a negowanie męskiej dominacji zmianie świata służy dobrze.
Nie chcę dominacji kobiet, byłaby taka samą pułapką, w jakiej jesteśmy.
Co by było, gdyby w muzeum pozamieniać podpisy pod obrazami?


Jaki odsetek zwiedzających obojętnie przeszedłby obok van Gogha a zachwycałby się jako arcydziełem dajmy na to moim bohomazem, tylko dlatego że podpisalibyśmy go właśnie "van Gogh"? Pewnie bardziej 98, niż 8 procent. Niestety ludzie czytają etykiety, wierzą, że podpisy umieścił ktoś mądry, że trzeba im ufać. Niestety zamiana etykiet pod eksponatami, zmienia eksponatów percepcję, zmienia same eksponaty.
Żeby tak nie było, przynajmniej dla moich czytelniczek i czytelników, o Dniu Kobiet mogłem pisać najwcześniej 9 marca.



środa, 5 marca 2014

Jakub nad potokiem Jabbok.

Uważa się często, że może najbardziej tajemniczy fragment Pisma Świętego dotyczy nocnej walki Jakuba nad potokiem Jabbok. Z kim walczył, skoro po skończonej walce usłyszał: "Walczyłeś z ludźmi i Bogiem i zwyciężyłeś."?


Czy mógł walczyć z Bogiem, a co więcej, jeśli rzeczywiście jego przeciwnikiem był Bóg, czy mógł taką walkę wygrać?
Szukając odpowiedzi na te pytania, warto popatrzeć na wydarzenia nocy w Penuel, w kontekście wcześniejszych losów Jakuba i jego najbliższych - ojca, matki, brata. Wydarzenia tej nocy są kontynuacją wcześniejszej jakubowej walki, walki z przeznaczeniem.
Już rodząc się walczył, walczył ze swoim bratem Ezawem, walczył by być pierwszym, nie drugim.  Trzymał rodzącego się brata za piętę, kupił pierworództwo za miskę soczewicy, oszukał ojca, by otrzymać jego błogosławieństwo. Udało mu się odkupić od Ezawa pierworództwo, udało mu się uzyskać błogosławieństwo Izaaka, a jednak walczył dalej. Z kim i o co, skoro osiągnął to czego chciał? Walczył, bo oczywiście ciągle nie miał tego czego pragnął.


Pierworództwo, błogosławieństwo uzyskał tylko pozornie, za ich zdobyciem stało kłamstwo i oszustwo.
Ezaw w zasadzie nie podejmował żadnej walki z Jakubem. Gotowy był swoje pierworództwo mu oddać. Postępował tak by z jednej strony nikt mu niczego, jako dziedzicowi, nie mógł zarzucić, ale z drugiej by niejako się z tego pierworództwa wykręcić, by żyć bez brzemienia odpowiedzialności za Naród Wybrany. Fakt, że urodził się pierwszy nie określał go, nie determinował jego życia. Wolał rzeczy ziemskie, nie boskie. Nie chodzi tylko o miskę soczewicy, też o dary jakie otrzymał już po nocy walki Jakuba, od swego brata. Nie został patriarchą, bo Bóg dał mu wolność wyboru. Ezaw sam się pierworództwa pozbawił, z pewnością nie zrobił tego Bóg.
Zresztą, czy dla Boga pierworództwo jest aż tak biologiczne, tak proste, wymierne i policzalne, czy sprowadza się tylko do kolejności przyjścia na świat? Czy ten dar (boży), my ludzie umiemy lepiej dostrzec i zinterpretować niż ten kto go udziela? Może pierworodnym może być ten "drugi", albo i "trzeci", albo jak w przypadku Dawida - ostatni? Czy dla Boga to niemożliwe? Więc może Ezaw nigdy pierworodny nie był?
Izaak nie wiedział jak ma postępować. Widział rożne zachowania synów, ich różną postawę. W gruncie rzeczy chciał być oszukany, przecież wiedział, że nie Ezawa błogosławi. Udawał, że wierzy w przebierankę syna, wystarczył mu kiepski pretekst, by na swego prawowitego dziedzica namaścić młodszego syna. Tego który tego chciał i na to zasługiwał. Gdy podstęp się wydał, a nie mógł się nie wydać, wykpił się od naprawienia "błędu", choć mógł to zrobić i do tego okrasić swą nową decyzję, jakimś spektakularnym przeklęciem Jakuba.
Wszystkie osoby, uczestniczące w tym dramacie, grały. Dyskutowały z Bogiem i miedzy sobą o przeznaczeniu, losie, własnych decyzjach, podejmowanych działaniach. Bóg stworzył ich aktywnymi, to nie są bezwolne figurki w rękach Pana. Bóg ich stworzył, ale dał im też wolna wolę. Wolę i moc do przemienienia się. Przy podejmowaniu decyzji, co ciekawe, wszyscy oszukują, naginają świat, tak by był po ich myśli.
Czy Jakub wybiera najlepszą drogę, taką miła Bogu? Czy walka jest miła Bogu, walka z Bogiem, z jego decyzją, by pierwszy narodził się Ezaw? Jakub podjął walkę, choć nie mógł przecież pokonać Boga. Nie mógł wygrać w walce, ale dzięki walce, tak. Walka to rewers modlitwy. Łatwiej to dostrzec, gdy przyjrzymy się modlitwie – jakże często jest walką. Walczył z Bogiem całym swoim życiem, chęcią zdobycia pierworództwa, którego nie miał. Bóg dał pierworództwo Ezawowi, a Jakub o nie walczył, walczył z ludźmi, a przez nich z Bogiem. I wygrał otrzymał to błogosławieństwo, którego mu jeszcze "brakowało", to boże.
Jakub potrzebował tej walki, by stać się innym człowiekiem. Ta trwająca wiele lat walka-modlitwa, ukształtowała go. Stał się innym człowiekiem - Izraelem. Ta noc nad potokiem Jabbok była nocą narodzin nowego dziedzica Abrahama. Został pobłogosławiony jako Izrael, nie jako Jakub.
Jakub dostaje nie tylko nowe imię - symbol tego, że jet nowym człowiekiem. Jest też przemieniony fizycznie. Kuleje, ma wywichnięty staw biodrowy. Czyżby Bóg chciał go pokarać, że ośmielił się z nim walczyć? Miałby to być znak mocy boże? Raczej sensowny i konsekwentny symbol przemiany w inna osobę. Ten widzialny, fizyczny, dotykalny znak jest potrzebny samemu Izraelowi. Dla jego samoakceptacji, jako dziedzica narodu wybranego. Dla otaczających go ludzi, którzy mieli zobaczyć kogoś nowego, a nie tylko usłyszeć jego nowe imię. On sam i jego otoczenie niejako zobaczyć mają palec Boży. Widzieć, że Jakub walczył i stał się po tym starciu inny. Widząc ślady walki łatwiej uwierzyć, że była i że została wygrana.
Przemiana fizyczna była tym potrzebniejsza, że Jakub nie był "skałą". Mimo wygranej nocnej bitwy, pozostał człowiekiem pełnym wątpliwości, niepewności. To wywichnięte biodro miało mu właśnie przypominać, stale przypominać o walce, którą stoczył, o zwycięstwie, o fakcie, że rzeczywiście , realnie coś się wydarzyło, że nie był to tylko sen, zwidy i majaczenia. Miało mu przypominać o Bogu. Ułomność miała stać mu się pomocą.
Bóg w zasadzie nie zmienia Jakuba w Izraela. Precyzyjnie rzecz ujmując Bóg pozwala Izraelowi narodzić się na nowo. Tak by jego pierworództwo i idące za nim boże błogosławieństwo,były "legalne" , a nie wyłudzone. Ale to nowe imię, to nie jakiś tam boży fortel, by dać "pod stołem" Jakubowi wymarzone pierworództwo. Jak napisałem, to nie Bóg, to sam Jakub dokonuje swego przejścia w inne "ja". Korzysta przy tym ze swej wolnej woli, to jego wybór. Historia Jakuba, to świetna odpowiedź dla wszystkich, którzy chcieliby położyć się pod palma i nic nie robić, skoro Bóg i tak decyduje o wszystkim. Po Penuel Jakub -Izrael nie stał się półbogiem, mocarzem, nawet w wymiarze moralnym, nadal wahał się, wątpił, grzeszył. Czy przeszedł więc przemianę, jakąś inicjację do bycia patriarchą? Mimo wszystko, tak. Uwierzył, że może, że choć Bóg może nic mu bezpośrednio nie dał, to miał dość siły, rozumu, i wiary by wywalczyć, co chciał. Jakub to wykorzystał – mógł i potrafił, choć wcale nie musiał.


Gdy w Ewangelii czytamy o cudach Jezusa, uderza powtarzające się zdanie: "Twoja wiara cię uleczyła." Ludzie dokonują cudów sami, nie Bóg, choć to on jest drogą.

sobota, 8 lutego 2014

śmieciarze

Jeśli dobrze to zrozumiał i opisał Malinowski, to Triobriandczycy wierzyli, że jedzenie nie służy do zaspokajania jakichś szczególnych życiowych potrzeb, ale pomaga tylko w wytwarzaniu kału. Może i mieli co do tego jakieś wątpliwości, może przemykało im przez myśl po kilkudniowym poście: "A może to ssanie w żołądku i brak sił ma coś wspólnego z tym, że dawno nie miałem niczego w ustach?". Oficjalna wykładnia była jednak, jak była. Jedzenie było czynnością absolutnie niezbędną i sensowną dla ładu wyższego rzędu. Ładu, którego nie można podważyć, który jest inny od naszego ludzkiego. Robimy coś bo tak trzeba robić, a nie dlatego, że nam osobiście jest to potrzebne.


Lubiłem, mieszkając w Krakowie, iść rano przez Rynek. Brak turystów, a jednocześnie dość duży ruch. Dostawy, dostawy, dostawy... I śmieciarze, śmieciarze, śmieciarze...
Ten sam co na Triobrandach boski ruch materii. Aktywność zamknięta w cyklu DOSTARCZYĆ -ZUŻYĆ - POZBYĆ SIĘ. Bez zastanowienia, czy ma to jakiś ludzki sens. Śmieci są w tym cyklu istotą bardziej niż człowiek. Posiadają jeden z najważniejszych boskich przymiotów "są". Przez samo swoje istnienie wprowadzają ład. Świat nie wytwarzający śmieci stałby się ułomny, może nawet by się rozpadł.
Zrobiliśmy ze śmieciarzy strażników kosmicznego ładu, którego na wszelki wypadek nie próbujemy nawet zrozumieć.

sobota, 1 lutego 2014

Emancypacja dla niezaawansowanych cz. 2, czyli cynaderki.

Julek zadał mi pytanie, czy można jeść jaja żółwi. Odpowiedziałem, że tak. Że można jeść wszystkie jaja. Wskazując własne jąderka zapytał, czy te też? Zaskoczyłem go nieco stwierdzając, że też można, że jest taka potrawa – cynaderki.

Szukałem jakichś informacji o cynaderkach w sieci. Ku memu zaskoczeniu przekonałem się, że większość internautów utożsamia cynaderki z nerkami. Większość z mniejszości, która kojarzy takie pojecie. Ale nawet wśród tych wiedzących z jakiej części byka gotuje się tę potrawę, często wyczuć można rodzaj oporu co do możliwości jedzenia jąder.
Okradliśmy się z wielu doznań. Nie znamy prawdziwych zapachów, głosów często wyglądu innych ludzi, zwierząt, roślin. Nasz świat jest sterylnie ładny, jak czyściutkie zwierzęta z reklam. Łatwiej nam myśleć o krowie, jako o fioletowym czymś dzięki czemu mamy mleko i czekoladę niż o wiezionym, atakowanym przez pasożyty, czy insekty stworzeniu, które zostało sprowadzone do produktu elegancko schowanego w butelce lub kartonie. Bycze jądra też kłócą się z naszą estetyką. Przecież zjadliwe części zwierzątek powinny być ładne! Nie jakieś, fe, podroby. A już jądra, bez przesady. Co innego, jeśli przepuścimy te wszystkie "odpadki" przez maszynki do mielenia, dodamy benzoesanu sodu i innych uwspółcześniaczy i dostaniemy normalną parówkę. Jedzenie rzeczy dziwnych, to folklor, albo wyrafinowana, droga rozrywka kulinarna.
Ale nie chodzi mi o to jakie śmieci zwykle jemy. Chodzi mi o to, że nie chcemy dostrzegać, chcemy wyprzeć ze swej świadomości fakt zjadania innej istoty. Ewolucja naszej moralności sprawiła, że nie aprobujemy nawet myśli, o konsumowaniu czegoś co wydaje się nam podobne do nas, ludzkie. Serca, nerki, jądra, wątroba, płuca, języki są w gastronomicznej defensywie. Raczej nic nie zmieni tego procesu. Zjadamy mięso, nie chcąc jednocześnie zjadać zwierząt, nie chcąc nic o tym wiedzieć. Chcielibyśmy bronić naszych braci mniejszych przed wysyłaniem do rzeźni, bo się zestarzały, przed cierpieniem zadawanym w rytualnym uboju, przed trzymaniem w ciasnych klatkach, zatuczaniem na śmierć...

Coraz częściej widzimy w nich żywe istoty. Sensem emancypacji jest upodmiotowienie tych, którzy za podmioty nie byli traktowani. Na naszych oczach dokonuje się właśnie wielki proces emancypacji. Zwierzęta przestają być przedmiotami.

czwartek, 30 stycznia 2014

Emancypacja dla niezaawansowanych cz. 1, czyli kości zostały rzucone.


Najsłynniejsze zdanie Cezara dotyczy kości, drugie co do popularności skierowane jest do Brutusa. Jeśli te zdania w ogóle wypowiedział, to pierwsze związane jest z jego zenitem, drugie jest ostatnim. Jak łatwo się przekonać, osobiście polecam zobaczyć u Felliniego, Rubikon jest mizernym strumyczkiem w sam raz nadającym się do mycia nóg lub pojenia kóz. A jednak jego przekroczenie było jednym najważniejszych wydarzeń świata starożytnego. Cezar, obecnie znany głównie jako przeciwnik kilku galijskich wojowników, jednego druida i jednego psa, wówczas wielki wódz legionów rzymskiej republiki, zbrojnie, zza rzeczki, przeciw tejże republice wystąpił i wygrał. Militarnie.
Czy poza władzą w Rzymie, jeszcze coś wygrał? Czemu został zabity w zamachu, z rak dawnych przyjaciół? Jak napisał Clausewitz, nawet zwycięzca, po zakończeniu wojny nigdy nie osiąga tego co zamierzał przed jej rozpoczęciem. Bo sam proces wojny wszystko zmienia. Inne są punty odniesienia, mamy inną wiedzę, ponieśliśmy straty, ktoś zginął, ktoś uciekł itd. itp. Cezar dokonał przewrotu, którego konsekwencji nie mógł do końca przewidzieć. W swym subiektywnym odczuciu, popieranym przez wielu, chciał i zrobił dobrze. Wzmocnił państwo, rozprawił się z populistami. Jednak nie wszyscy to tak oceniali, bo zniszczył ducha republiki. Słabego, chwiejnego, przekupnego, ciężko chorego, ale dla wielu, z Brutusem na czele, cennego.

Emocjonalne, wypowiedziane tuż przed śmiercią, z rak skrytobójców, z ust broczącego krwią przywódcy mocarstwa "I ty Brutusie przeciwko mnie!" skazało tego drugiego okrutniej niż najsurowszy sąd. Został oddartym z człowieczeństwa mordercą, zdrajcą, tym złym. Stało się tak chociaż racje obu stron, nie są oczywiste. Choć wielu ludzi opowiadało się i nadal się opowiada za Brutusem, nawet jeśli nie popiera jego metody pozbycia się boskiego Juliusza. Ale to nie głosowanie, nie rozprawa sądowa. Racje Cezarowi przyznała historia, przyznali jego zwycięzcy spadkobiercy.
Zmiana. Cezar zmiótł republikę, pozostawiając jej fasadę, dekoracje. Można powiedzieć, cofnął bieg dziejów. Cofnął, jak i Brutus, który dla rozstrzygnięcia sporu zabił. Jednak miejsce tych dwóch postaci jest w rozważaniach o emancypacji zasadne. Choć obaj podpisali się pod czymś, co moglibyśmy nazwać reakcją, wstecznictwem, nie mają być antyprzykładem. Nie. Uważam, że są jak najbardziej na miejscu, bo w emancypacji pierwszym, niezbędnym krokiem jest niezgoda na otaczająca nas rzeczywistość. Bez zrozumienia, że do emancypacji dążąc należy zacząć od przekroczenia Rubikonu, nie zrozumiemy jej istoty.
W sobotę zapraszam na cynaderki, część drugą emancypacji dla niezaawansowanych.

wtorek, 21 stycznia 2014

Noe.

Niedawna droga do szkoły i przedszkola z młodszymi chłopcami była biblijna. Zaczął Julianek pytaniem, kim był Eliasz?Informacja, że prorokiem, nie była wystarczająca, a i mnie nie zadowoliła. Ponieważ niestety akurat tej postaci starotestamentowej nie znam dokładnie, rozszerzając wypowiedź o proroku, jako osobie, której Bóg objawia prawdę, użyłem przykładu Jonasza. Chłopcy oczywiście znają tę historię. (polecam genialną książkę "Wielka ryba.", seria Zwierzęta Pana Boga.), co nie przeszkadza w jej dokładniejszym dyskutowaniu. Jest tu miejsce i na konkretne rozważanie, czy tak wielkie ryby rzeczywiście można spotkać, jak i na ukazanie ludzkiego wymiaru wątpliwości Jonasza. lubię tę opowieść o strachu, wątpliwościach, ucieczce, powrocie, zaufaniu, odwadze...
Żądania jeszcze jakiejś opowieści, droga nie taka krótka, i jest Noe. Dobrze jest przećwiczyć liczebniki z czterolatkom, choć powyżej dwudziestu był już nieco znużony, a deszcz ciągle padał. 


Nie zgadzam się z interpretacją, że potop był karą bożą. Potop to parabola zagrożenia jakie wisi nad ludźmi, zagrożenia wynikającego z zapatrzenia się w przeszłość, ze złudnego przekonania o statyczności świata, z fałszywego definiowania dzisiaj jako wczoraj tylko trochę później. Każda teraźniejszość wymaga nowej oceny, jak choćby w naszych czasach zmiany klimatu, łatwa, dla dzieci, do zaakceptowania zmiana tematu. Następnego po drodze.
Noe to człowiek czynu, odczytujący znaki czasu, nie bierny wykonawca bożych poleceń. Widzi co się dzieje i postanawia działać przy wykorzystaniu całej dostępnej mu wiedzy i umiejętności. Opowieść o Noem to pochwała ludzkiej zaradności i mądrości, ale też wskazanie, że cechy takie to wyjątkowy dar.


Scott na biegunie Sahary.

Trzy dni temu mieliśmy rocznicę zdobycia Bieguna Południowego przez Roberta Scotta. 
Wspomnienie jednego z tych wypadków, gdy pokonany staje się równie popularny jak zwycięzca. Dość znana ponad stuletnia historia wyścigu dwóch polarników. Wyścigu, którego by nie było, gdyby dwa lata wcześniej do Bieguna Północnego nie dotarł Peary. W czasie, gdy Amundsen przygotowywał się właśnie do jego zdobycia. Ekspedycja gotowa - statek wypożyczony, ludzie zwerbowani, zapasy zebrane, tylko, że Norweg nie chciał być drugi. Zamienił jeden kraniec Ziemi na drugi i zaczął się ścigać ze Scott`em.
Wiele powstało analiz tego niezwykłego starcia na Antarktydzie. Najkrócej, Anglicy, mimo doświadczenia z poprzednich wypraw, w tym z ekspedycji Shackletona, w której Scott uczestniczył, nie mieli szans. Błędy w planowaniu, złe usytuowanie baz pośrednich, zaufanie do niesprawdzonego w antarktycznych warunkach sprzętu w połączeniu z nieposkromioną ambicją i chorym honorem dały w efekcie śmiertelną mieszankę.
Co jest w tej historii najciekawsze i dlaczego bohaterem jest u mnie Brytyjczyk? Wskazówka kryje się w tytule, cytacie z Monty Pythona. Skecz o Scott`cie przemierzającym w futrze Saharę, walczącym z lwem jest cudowny. 
Śmieszny mimo 40 lat, jakie upłynęły od jego wymyślenia. Śmieszny nawet wyrwany z kontekstu w jakim powstał. Pythonowcy tworzyli w latach, gdy obiektywnie "brytyjskie imperium leżało w gruzach", co nie przeszkadzało ludziom żyć w przeświadczeniu o jego wielkości, mocy i nadzwyczajności. Scott był jedną z ikon tego imperium. Nie miało najmniejszego znaczenia, czy umarł z zimna i głodu na Antarktydzie, czy pożarty przez ludożerców. POLEGŁ (dużymi literami) niosąc sztandar brytyjski z dumą, a na ustach ze śpiewem "God Save The King". Swym przykładem świecił jak najwspanialszy brylant w koronie. Rozjaśniał mroki barbarzyństwa, niósł kaganek cywilizacji. Był kolonizatorem odmrożoną, ale pełna gębą. Jest mi go żal jako człowieka – dzielnego, wytrwałego, jako człowieka z niego się nie śmieje. Wyśmiewam jego kolonialną brytyjskość. Jego oczy, zapatrzone w odległą wyspę i jej króla, nie widzące drogi do śmierci nie tylko własnej ale i współtowarzyszy, za których powinien być odpowiedzialny. Chciał wygrać za wszelką cenę dla chwały Brytanii, gdy zrozumiał że przegrał, wyścig, grał dalej by wygrać choć honorową porażkę. Dla jego legendy i mitu imperium nie mogło się zdarzyć nic lepszego. Zginął wierny idei i tą śmiercią umocnił ją, legitymizował.
Ostatnio spotkałem się z apoteozą kolonializmu, jako systemu, co prawda narzuconego siła, jednak systemu, który w efekcie dał krajom Azji i Afryki więcej niż zabrał. Bo demokrację, rządy prawa, system szkolnictwa, opieki medycznej, wszystko jak w Europie, choć nie z winy Europejczyków, jeszcze(?!) na troch niższym poziomie. Jako dowód przytaczał ktoś, że z niewielu kolonii udawało się osiągać zyski, że to zwykle metropolie "dokładały". Kuriozalny sposób rozumowania. Zyski kolonie przynosiły od razu w czasach zakładania faktorii handlowych, w czasach feudalnych. Kolonizacja dokonana przez kraje kapitalistyczne w XIX i XX wieku była inwestycją. Inwestycja, która zwróciła się z nawiązka i co najważniejsze nadal przynosi kolosalne dochody. Związki byłych koloni z ich metropoliami są dzisiaj silniejsze niż były kiedyś, w czasach formalnej podległości. Ile z krajów trzeciego świata jest ekonomicznie niepodległych?
Oberwało się mocno Scott`owi, bo uważam, że ta dopiero co miniona rocznica winna być nie tyle celebrowana, co potępiana. A co z Amundsenem? Czy jego intencje były lepsze? Biały od mrozu anioł? Typ sportsmena, dobrze przygotowany, chciał i osiągnął zamierzony rezultat. Przy okazji jednak włączył się w mocarstwowe zabawy na śniegu. Norwegia jest jednym z państw, które dokonały podziały Białego Kontynentu między siebie. Podział jest czysto formalny, nieuznawany przez większość państw świata, w tym i to najważniejsze przez USA, Rosję, Chiny, a co za tym idzie na dzień dzisiejszy to podział nieskuteczny. Czy tak będzie zawsze nie wiemy. Jednak, jak by nie było Wielka Brytania, Norwegia, Francja, Chile, Argentyna, Australia i Nowa Zelandia zgłosiły swe roszczenia. 


A na koniec absurdalna ciekawostka. Jaki kraj posiada najdalej odsunięty od swej stolicy fragment lądu?
Oczywiście Norwegia! Jest w posiadaniu usytuowanej tuż przy brzegach Antarktydy Wyspy Piotra I. Jak wam się podoba sensowność podziału świata?