Koleżanka Ala opowiadała nam kiedyś, jak wynajmując mieszkanie u starej starowinki, usłyszała od niej pytanie: "Pani Alu, niech pani popatrzy, tu mi się chyba jakaś zmarszczka Zrobiła?". Jak potraktować takie pytanie w ustach pomarszczonej jak jabłuszko wiekowej kobiety, jak znaleźć akurat tą zmarszczkę wśród tysięcy innych? Śmiać się, doszukiwać się prowokacji, wysłać siebie lub ją do okulisty?
Historyjka jest przezabawna, ale ... dotyka też problemu do czego potrzebna jest starość. Czy jest potrzebna?
Wbrew otaczającej nas, obowiązującej wizji. Tak, jest potrzebna. I to na kilku poziomach.
Trywialnie, dla uchwycenia nietrwałości. Jak bardzo byśmy nie chcieli się zdystansować od upływu czasu, on biegnie. nie tylko dla produktów spożywczych w lodówce.
Subtelniej, dla uchwycenia zmiany. Czujemy życie, gdy co dzień jest inne. w "Dniu świstak" Bill Murray zostaje uwięziony w jednym jedynym dniu, który zawsze rozpoczyna się tak samo. I przez pewien czas każdy dzień jest identyczny, to piekło. Zły dzień przez wieczność, można oszaleć i główny bohater jest już tego bliski. Ratuje go odkrycie, ze choć dzień wciąż jest ten sam, on może być inny. ratuje go kształtowanie, zmienianie siebie.
Każdy nasz dzień jest potencjalnym dniem świstaka - możemy udawać, ze musi być identyczny jak wczoraj, że jesteśmy identyczni, ze nic się w nas nie zmieniło. Na dłuższą metę to przecież koszmar. Łatwiej zrozumieć, że jednak coś jest inaczej, gdy w lustrze zobaczymy zmarszczkę. warto jakąś zobaczyć, choćbyśmy wcześniej przegapili 999 innych.
Eschatologicznie, dla zrozumienia, że każdego dnia zbliżamy się do śmierci. Lem napisał gdzieś w "Bajkach Robotów", że jest taki punkt między przyszłością, a przeszłością, gdzie czas nie płynie, gdzie zastygamy w wieczności i nazwał ten stan NUDĄ. Tylko istnienie śmierci nadaje sens naszemu istnieniu. Bez niej zastyglibyśmy, hibernowali bez przebudzenia. Bez śmierci nic by się nie działo. Jeśli potraktujemy śmierć jako naszego wroga, jeśli zostanie pokonany, to życie, w naszym ludzkim rozumieniu straci sens. Tylko w śmierci odbija się życie. Bez śmierci życie byłoby wartością bez znaczenia, warto żyć, bo żyć nie będziemy.
sobota, 8 marca 2014
9 marca.
Osaczają nas różne daty, prześladują. Dzień Kobiet, albo jeszcze mocniej (jak było w czasach słusznie minionych) Święto, to jeden z takich przypadków.
Nie ma w nim niby nic złego, a uwiera. Choć ból głowy czuję dopiero przy zdaniu, że dzień kobiet powinien być przez cały rok.
8 marca nie jest oczywiście maskulinistycznym listkiem figowym przykrywającym 364,25 dnia wyzysku kobiet przez mężczyzn. To kulturowy twór akceptowany ochoczo przez większość społeczeństwa. Nie ma w zasadzie nic wspólnego, z wyzyskiem lub nie płci słabej. Jest jednym z dowodów na konformizm społeczny, ale chcemy czy nie większość każdego społeczeństwa, w każdym miejscu i czasie taka właśnie jest.
Zabawne jest dostrzec, jak osoby czy organizacje, które chciałyby odstromić schody, czy rozbijać sufity, wykorzystują do organizowania swych akcji właśnie ósmy dzień marca. Ta data powinna być dla nich zakazana. Wszelka aktywność, nawet wymierzona w ideę dnia kobiet, utrwala rozumienie tego dnia, jako szczególnego, wyjątkowego bo niemęskiego w męskim świecie.
A świat wokół nas jest męski, kultura którą oddychamy jest męska, język którym mówimy jest męski... Taka jest rzeczywistość, nie jest ani zła, ani dobra. taka jest.
Nie zmienia jej nagle żadne manify, teorie, deklaracje, publikacje, święta, antyświeta, jednak dobrze że to wszystko się dzieje. Bo jak głęboko wierzę świat powinien się zmieniać, a negowanie męskiej dominacji zmianie świata służy dobrze.
Nie chcę dominacji kobiet, byłaby taka samą pułapką, w jakiej jesteśmy.
Co by było, gdyby w muzeum pozamieniać podpisy pod obrazami?
Jaki odsetek zwiedzających obojętnie przeszedłby obok van Gogha a zachwycałby się jako arcydziełem dajmy na to moim bohomazem, tylko dlatego że podpisalibyśmy go właśnie "van Gogh"? Pewnie bardziej 98, niż 8 procent. Niestety ludzie czytają etykiety, wierzą, że podpisy umieścił ktoś mądry, że trzeba im ufać. Niestety zamiana etykiet pod eksponatami, zmienia eksponatów percepcję, zmienia same eksponaty.
Żeby tak nie było, przynajmniej dla moich czytelniczek i czytelników, o Dniu Kobiet mogłem pisać najwcześniej 9 marca.
środa, 5 marca 2014
Jakub nad potokiem Jabbok.
Uważa się często, że może
najbardziej tajemniczy fragment Pisma Świętego dotyczy nocnej walki
Jakuba nad potokiem Jabbok. Z kim walczył, skoro po skończonej
walce usłyszał: "Walczyłeś z ludźmi i Bogiem i
zwyciężyłeś."?
Czy mógł walczyć z Bogiem, a co więcej, jeśli rzeczywiście jego przeciwnikiem był Bóg, czy mógł taką walkę wygrać?
Szukając odpowiedzi na te pytania,
warto popatrzeć na wydarzenia nocy w Penuel, w kontekście
wcześniejszych losów Jakuba i jego najbliższych - ojca, matki,
brata. Wydarzenia tej nocy są kontynuacją wcześniejszej jakubowej walki, walki z przeznaczeniem.
Już rodząc się walczył, walczył ze
swoim bratem Ezawem, walczył by być pierwszym, nie drugim. Trzymał rodzącego się brata za piętę, kupił
pierworództwo za miskę soczewicy, oszukał ojca, by otrzymać
jego błogosławieństwo.
Udało mu się odkupić od Ezawa pierworództwo, udało mu się
uzyskać błogosławieństwo Izaaka, a jednak walczył dalej. Z kim i
o co, skoro osiągnął to czego chciał? Walczył, bo oczywiście ciągle nie miał tego czego pragnął.
Pierworództwo, błogosławieństwo uzyskał tylko pozornie, za ich zdobyciem stało kłamstwo i oszustwo.
Ezaw w zasadzie nie podejmował żadnej
walki z Jakubem. Gotowy był swoje pierworództwo mu oddać. Postępował tak by z jednej strony nikt mu niczego, jako dziedzicowi,
nie mógł zarzucić, ale z drugiej by niejako się z tego
pierworództwa wykręcić, by żyć bez brzemienia odpowiedzialności
za Naród Wybrany. Fakt, że urodził się pierwszy nie określał go, nie determinował jego życia. Wolał rzeczy ziemskie, nie boskie. Nie chodzi tylko o miskę soczewicy, też o dary jakie otrzymał już po nocy walki Jakuba, od swego brata. Nie został patriarchą, bo Bóg dał mu wolność wyboru. Ezaw sam się pierworództwa pozbawił, z pewnością nie zrobił tego Bóg.
Zresztą, czy dla Boga pierworództwo jest aż tak biologiczne, tak proste, wymierne i policzalne, czy sprowadza się tylko do kolejności przyjścia na świat? Czy ten dar (boży), my ludzie umiemy lepiej dostrzec i zinterpretować niż ten kto go udziela? Może pierworodnym może być ten "drugi", albo i "trzeci", albo jak w przypadku Dawida - ostatni? Czy dla Boga to niemożliwe? Więc może Ezaw nigdy pierworodny nie był?
Izaak nie wiedział jak ma postępować. Widział rożne zachowania synów, ich różną postawę. W gruncie rzeczy chciał być oszukany, przecież wiedział, że nie Ezawa błogosławi. Udawał, że wierzy w przebierankę syna, wystarczył mu kiepski pretekst, by na swego prawowitego dziedzica namaścić młodszego syna. Tego który tego chciał i na to zasługiwał. Gdy podstęp się wydał, a nie mógł się nie wydać, wykpił się od naprawienia "błędu", choć mógł to zrobić i do tego okrasić swą nową decyzję, jakimś spektakularnym przeklęciem Jakuba.
Zresztą, czy dla Boga pierworództwo jest aż tak biologiczne, tak proste, wymierne i policzalne, czy sprowadza się tylko do kolejności przyjścia na świat? Czy ten dar (boży), my ludzie umiemy lepiej dostrzec i zinterpretować niż ten kto go udziela? Może pierworodnym może być ten "drugi", albo i "trzeci", albo jak w przypadku Dawida - ostatni? Czy dla Boga to niemożliwe? Więc może Ezaw nigdy pierworodny nie był?
Izaak nie wiedział jak ma postępować. Widział rożne zachowania synów, ich różną postawę. W gruncie rzeczy chciał być oszukany, przecież wiedział, że nie Ezawa błogosławi. Udawał, że wierzy w przebierankę syna, wystarczył mu kiepski pretekst, by na swego prawowitego dziedzica namaścić młodszego syna. Tego który tego chciał i na to zasługiwał. Gdy podstęp się wydał, a nie mógł się nie wydać, wykpił się od naprawienia "błędu", choć mógł to zrobić i do tego okrasić swą nową decyzję, jakimś spektakularnym przeklęciem Jakuba.
Wszystkie osoby, uczestniczące w tym dramacie, grały. Dyskutowały z Bogiem i miedzy sobą o
przeznaczeniu, losie, własnych decyzjach, podejmowanych działaniach.
Bóg stworzył ich aktywnymi, to nie są bezwolne figurki w rękach
Pana. Bóg ich stworzył, ale dał im też wolna wolę. Wolę i moc
do przemienienia się. Przy podejmowaniu decyzji, co
ciekawe, wszyscy oszukują, naginają świat, tak by był po ich
myśli.
Czy Jakub wybiera najlepszą drogę,
taką miła Bogu? Czy walka jest miła Bogu, walka z Bogiem, z jego
decyzją, by pierwszy narodził się Ezaw? Jakub podjął walkę,
choć nie mógł przecież pokonać Boga. Nie mógł wygrać w walce,
ale dzięki walce, tak. Walka to rewers modlitwy. Łatwiej to dostrzec, gdy przyjrzymy się modlitwie – jakże często jest walką.
Walczył z Bogiem całym swoim życiem, chęcią zdobycia
pierworództwa, którego nie miał. Bóg dał pierworództwo Ezawowi,
a Jakub o nie walczył, walczył z ludźmi, a przez nich z Bogiem. I
wygrał otrzymał to błogosławieństwo, którego mu jeszcze
"brakowało", to boże.
Jakub potrzebował tej walki, by stać się innym człowiekiem. Ta trwająca wiele lat walka-modlitwa,
ukształtowała go. Stał się innym człowiekiem - Izraelem. Ta noc
nad potokiem Jabbok była nocą narodzin nowego dziedzica Abrahama.
Został pobłogosławiony jako Izrael, nie jako Jakub.
Jakub dostaje nie tylko nowe imię -
symbol tego, że jet nowym człowiekiem. Jest też przemieniony
fizycznie. Kuleje, ma wywichnięty staw biodrowy. Czyżby Bóg chciał
go pokarać, że ośmielił się z nim walczyć? Miałby to być znak
mocy boże? Raczej sensowny i konsekwentny symbol przemiany w inna
osobę. Ten widzialny, fizyczny, dotykalny znak jest potrzebny
samemu Izraelowi. Dla jego samoakceptacji, jako dziedzica narodu
wybranego. Dla otaczających go ludzi, którzy mieli zobaczyć kogoś
nowego, a nie tylko usłyszeć jego nowe imię. On sam i jego
otoczenie niejako zobaczyć mają palec Boży. Widzieć, że Jakub
walczył i stał się po tym starciu inny. Widząc ślady walki
łatwiej uwierzyć, że była i że została wygrana.
Przemiana fizyczna była tym potrzebniejsza, że Jakub nie był "skałą". Mimo wygranej nocnej bitwy, pozostał człowiekiem pełnym wątpliwości, niepewności. To wywichnięte biodro miało mu właśnie przypominać, stale przypominać o walce, którą stoczył, o zwycięstwie, o fakcie, że rzeczywiście , realnie coś się wydarzyło, że nie był to tylko sen, zwidy i majaczenia. Miało mu przypominać o Bogu. Ułomność miała stać mu się pomocą.
Przemiana fizyczna była tym potrzebniejsza, że Jakub nie był "skałą". Mimo wygranej nocnej bitwy, pozostał człowiekiem pełnym wątpliwości, niepewności. To wywichnięte biodro miało mu właśnie przypominać, stale przypominać o walce, którą stoczył, o zwycięstwie, o fakcie, że rzeczywiście , realnie coś się wydarzyło, że nie był to tylko sen, zwidy i majaczenia. Miało mu przypominać o Bogu. Ułomność miała stać mu się pomocą.
Bóg w zasadzie nie zmienia Jakuba w Izraela. Precyzyjnie rzecz ujmując Bóg pozwala Izraelowi
narodzić się na nowo. Tak by jego pierworództwo i idące za nim boże błogosławieństwo,były "legalne" , a nie wyłudzone.
Ale to nowe imię, to nie jakiś tam boży fortel, by dać "pod
stołem" Jakubowi wymarzone pierworództwo. Jak napisałem, to
nie Bóg, to sam Jakub dokonuje swego przejścia w inne "ja".
Korzysta przy tym ze swej wolnej woli, to jego wybór. Historia Jakuba, to świetna odpowiedź dla wszystkich, którzy chcieliby położyć się pod palma i nic nie robić, skoro Bóg i tak decyduje o
wszystkim. Po Penuel Jakub -Izrael nie stał się półbogiem,
mocarzem, nawet w wymiarze moralnym, nadal wahał się, wątpił, grzeszył.
Czy przeszedł więc przemianę, jakąś inicjację do bycia
patriarchą? Mimo wszystko, tak. Uwierzył, że może, że choć Bóg może nic mu bezpośrednio nie dał, to miał dość siły, rozumu, i
wiary by wywalczyć, co chciał. Jakub to wykorzystał – mógł i
potrafił, choć wcale nie musiał.
Gdy w Ewangelii czytamy o cudach Jezusa, uderza powtarzające się zdanie: "Twoja wiara cię uleczyła." Ludzie dokonują cudów sami, nie Bóg, choć to on jest drogą.
sobota, 8 lutego 2014
śmieciarze
Jeśli dobrze to zrozumiał i opisał Malinowski, to Triobriandczycy wierzyli, że jedzenie nie służy do zaspokajania jakichś szczególnych życiowych potrzeb, ale pomaga tylko w wytwarzaniu kału. Może i mieli co do tego jakieś wątpliwości, może przemykało im przez myśl po kilkudniowym poście: "A może to ssanie w żołądku i brak sił ma coś wspólnego z tym, że dawno nie miałem niczego w ustach?". Oficjalna wykładnia była jednak, jak była. Jedzenie było czynnością absolutnie niezbędną i sensowną dla ładu wyższego rzędu. Ładu, którego nie można podważyć, który jest inny od naszego ludzkiego. Robimy coś bo tak trzeba robić, a nie dlatego, że nam osobiście jest to potrzebne.
Lubiłem, mieszkając w Krakowie, iść rano przez Rynek. Brak turystów, a jednocześnie dość duży ruch. Dostawy, dostawy, dostawy... I śmieciarze, śmieciarze, śmieciarze...
Ten sam co na Triobrandach boski ruch materii. Aktywność zamknięta w cyklu DOSTARCZYĆ -ZUŻYĆ - POZBYĆ SIĘ. Bez zastanowienia, czy ma to jakiś ludzki sens. Śmieci są w tym cyklu istotą bardziej niż człowiek. Posiadają jeden z najważniejszych boskich przymiotów "są". Przez samo swoje istnienie wprowadzają ład. Świat nie wytwarzający śmieci stałby się ułomny, może nawet by się rozpadł.
Zrobiliśmy ze śmieciarzy strażników kosmicznego ładu, którego na wszelki wypadek nie próbujemy nawet zrozumieć.
Lubiłem, mieszkając w Krakowie, iść rano przez Rynek. Brak turystów, a jednocześnie dość duży ruch. Dostawy, dostawy, dostawy... I śmieciarze, śmieciarze, śmieciarze...
Ten sam co na Triobrandach boski ruch materii. Aktywność zamknięta w cyklu DOSTARCZYĆ -ZUŻYĆ - POZBYĆ SIĘ. Bez zastanowienia, czy ma to jakiś ludzki sens. Śmieci są w tym cyklu istotą bardziej niż człowiek. Posiadają jeden z najważniejszych boskich przymiotów "są". Przez samo swoje istnienie wprowadzają ład. Świat nie wytwarzający śmieci stałby się ułomny, może nawet by się rozpadł.
Zrobiliśmy ze śmieciarzy strażników kosmicznego ładu, którego na wszelki wypadek nie próbujemy nawet zrozumieć.
sobota, 1 lutego 2014
Emancypacja dla niezaawansowanych cz. 2, czyli cynaderki.
Julek zadał mi pytanie, czy można jeść
jaja żółwi. Odpowiedziałem, że tak. Że można jeść wszystkie
jaja. Wskazując własne jąderka zapytał, czy te też? Zaskoczyłem
go nieco stwierdzając, że też można, że jest taka potrawa –
cynaderki.
Szukałem jakichś informacji o
cynaderkach w sieci. Ku memu zaskoczeniu przekonałem się, że większość internautów utożsamia cynaderki z nerkami. Większość z mniejszości, która kojarzy takie pojecie. Ale nawet wśród tych
wiedzących z jakiej części byka gotuje się tę potrawę, często
wyczuć można rodzaj oporu co do możliwości jedzenia jąder.
Okradliśmy się z wielu doznań. Nie
znamy prawdziwych zapachów, głosów często wyglądu innych ludzi,
zwierząt, roślin. Nasz świat jest sterylnie ładny, jak czyściutkie
zwierzęta z reklam. Łatwiej nam myśleć o krowie, jako o
fioletowym czymś dzięki czemu mamy mleko i czekoladę niż o
wiezionym, atakowanym przez pasożyty, czy insekty stworzeniu, które
zostało sprowadzone do produktu elegancko schowanego w butelce lub
kartonie. Bycze jądra też kłócą się z naszą estetyką.
Przecież zjadliwe części zwierzątek powinny być ładne! Nie
jakieś, fe, podroby. A już jądra, bez przesady. Co innego, jeśli
przepuścimy te wszystkie "odpadki" przez maszynki do
mielenia, dodamy benzoesanu sodu i innych uwspółcześniaczy i
dostaniemy normalną parówkę.
Jedzenie rzeczy dziwnych, to folklor, albo wyrafinowana, droga
rozrywka kulinarna.
Ale nie chodzi mi
o to jakie śmieci zwykle jemy. Chodzi mi o to, że nie chcemy
dostrzegać, chcemy wyprzeć ze swej świadomości fakt zjadania
innej istoty. Ewolucja naszej moralności sprawiła, że nie
aprobujemy nawet myśli, o konsumowaniu czegoś co wydaje się nam
podobne do nas, ludzkie. Serca, nerki, jądra, wątroba, płuca,
języki są w gastronomicznej defensywie. Raczej nic nie zmieni tego
procesu. Zjadamy mięso, nie chcąc jednocześnie zjadać zwierząt,
nie chcąc nic o tym wiedzieć. Chcielibyśmy bronić naszych braci
mniejszych przed wysyłaniem do rzeźni, bo się zestarzały, przed
cierpieniem zadawanym w rytualnym uboju, przed trzymaniem w ciasnych
klatkach, zatuczaniem na śmierć...
Coraz częściej
widzimy w nich żywe istoty. Sensem emancypacji jest upodmiotowienie
tych, którzy za podmioty nie byli traktowani. Na naszych oczach dokonuje się właśnie wielki proces emancypacji. Zwierzęta przestają być przedmiotami.
czwartek, 30 stycznia 2014
Emancypacja dla niezaawansowanych cz. 1, czyli kości zostały rzucone.
Najsłynniejsze zdanie Cezara dotyczy kości, drugie co do popularności skierowane jest do Brutusa. Jeśli
te zdania w ogóle wypowiedział, to pierwsze związane jest z jego
zenitem, drugie jest ostatnim. Jak łatwo się przekonać, osobiście
polecam zobaczyć u Felliniego, Rubikon jest
mizernym strumyczkiem w sam raz nadającym się do mycia nóg lub
pojenia kóz. A jednak jego przekroczenie było jednym najważniejszych wydarzeń świata starożytnego. Cezar, obecnie znany
głównie jako przeciwnik kilku galijskich wojowników, jednego
druida i jednego psa, wówczas wielki wódz legionów rzymskiej
republiki, zbrojnie, zza rzeczki, przeciw tejże republice wystąpił i
wygrał. Militarnie.
Czy poza władzą w Rzymie, jeszcze coś
wygrał? Czemu został zabity w zamachu, z rak dawnych przyjaciół?
Jak napisał Clausewitz, nawet zwycięzca, po zakończeniu wojny
nigdy nie osiąga tego co zamierzał przed jej rozpoczęciem. Bo sam
proces wojny wszystko zmienia. Inne są punty odniesienia, mamy inną
wiedzę, ponieśliśmy straty, ktoś zginął, ktoś uciekł itd. itp.
Cezar dokonał przewrotu, którego konsekwencji nie mógł do końca
przewidzieć. W swym subiektywnym odczuciu, popieranym przez wielu,
chciał i zrobił dobrze. Wzmocnił państwo, rozprawił się z
populistami. Jednak nie wszyscy to tak oceniali, bo zniszczył ducha
republiki. Słabego, chwiejnego, przekupnego, ciężko chorego, ale
dla wielu, z Brutusem na czele, cennego.
Emocjonalne, wypowiedziane tuż przed śmiercią, z rak skrytobójców, z ust broczącego krwią przywódcy
mocarstwa "I ty Brutusie przeciwko mnie!" skazało tego
drugiego okrutniej niż najsurowszy sąd. Został oddartym z
człowieczeństwa mordercą, zdrajcą, tym złym. Stało się tak
chociaż racje obu stron, nie są oczywiste. Choć wielu ludzi
opowiadało się i nadal się opowiada za Brutusem, nawet jeśli nie
popiera jego metody pozbycia się boskiego Juliusza. Ale to nie
głosowanie, nie rozprawa sądowa. Racje Cezarowi przyznała
historia, przyznali jego zwycięzcy spadkobiercy.
Zmiana. Cezar zmiótł republikę,
pozostawiając jej fasadę, dekoracje. Można powiedzieć, cofnął
bieg dziejów. Cofnął, jak i Brutus, który dla rozstrzygnięcia
sporu zabił. Jednak miejsce tych dwóch postaci jest w rozważaniach
o emancypacji zasadne. Choć obaj podpisali się pod czymś, co
moglibyśmy nazwać reakcją, wstecznictwem, nie mają być
antyprzykładem. Nie. Uważam, że są jak najbardziej na miejscu, bo
w emancypacji pierwszym, niezbędnym krokiem jest niezgoda na otaczająca nas rzeczywistość. Bez zrozumienia, że do emancypacji
dążąc należy zacząć od przekroczenia Rubikonu, nie zrozumiemy
jej istoty.
W sobotę zapraszam na cynaderki, część
drugą emancypacji dla niezaawansowanych.
wtorek, 21 stycznia 2014
Noe.
Niedawna droga do szkoły
i przedszkola z młodszymi chłopcami była biblijna. Zaczął
Julianek pytaniem, kim był Eliasz?Informacja, że prorokiem, nie
była wystarczająca, a i mnie nie zadowoliła. Ponieważ niestety
akurat tej postaci starotestamentowej nie znam dokładnie,
rozszerzając wypowiedź o proroku, jako osobie, której Bóg objawia
prawdę, użyłem przykładu Jonasza. Chłopcy oczywiście znają tę
historię. (polecam genialną książkę "Wielka ryba.",
seria Zwierzęta Pana Boga.), co nie przeszkadza w jej
dokładniejszym dyskutowaniu. Jest tu miejsce i na konkretne
rozważanie, czy tak wielkie ryby rzeczywiście można spotkać, jak i
na ukazanie ludzkiego wymiaru wątpliwości Jonasza. lubię tę opowieść o strachu, wątpliwościach, ucieczce, powrocie, zaufaniu,
odwadze...
Żądania jeszcze jakiejś
opowieści, droga nie taka krótka, i jest Noe. Dobrze jest przećwiczyć liczebniki z czterolatkom, choć powyżej dwudziestu był już nieco znużony, a deszcz ciągle padał.
Nie zgadzam się z
interpretacją, że potop był karą bożą. Potop to parabola zagrożenia jakie wisi nad ludźmi, zagrożenia wynikającego z
zapatrzenia się w przeszłość, ze złudnego przekonania o
statyczności świata, z fałszywego definiowania dzisiaj jako
wczoraj tylko trochę później. Każda teraźniejszość wymaga nowej
oceny, jak choćby w naszych czasach zmiany klimatu, łatwa, dla
dzieci, do zaakceptowania zmiana tematu. Następnego po drodze.
Noe to człowiek czynu,
odczytujący znaki czasu, nie bierny wykonawca bożych poleceń.
Widzi co się dzieje i postanawia działać przy wykorzystaniu całej
dostępnej mu wiedzy i umiejętności. Opowieść o Noem to pochwała
ludzkiej zaradności i mądrości, ale też wskazanie, że cechy
takie to wyjątkowy dar.
Subskrybuj:
Posty (Atom)